środa, 11 listopada 2009

Zawsze wraca.

Poranek po kolejnej już nocy w pociągu. Za oknem monotonny wydawać by się mogło krajobraz. Lasy ustępują jeziorom, jeziora ustępują lasom, od czasu do czasu pojawia się czerwony drewniany domek i łąk kilka dookoła. Zbliża się piętnasta godzina naszej podróży, a oprócz wskazówek zegarka zmienia się powoli krajobraz dookoła nas, w oddali widać góry. Czujemy, że jesteśmy coraz bliżej naszego celu, że to już prawie, tuż, tuż. Przed nami jeszcze tylko przymusowy godzinny postój na jakiejś małej stacji gdzieś na północy Szwecji. Mamy tylko nadzieję, że będzie tam miejsce, w którym nabrać będzie można wody, bo zapasy na wyczerpaniu, a brzuchy zaczynają się powoli domagać śniadania. Zastanawiamy się nad wyborem dania, którym rozpoczniemy dzisiejszy dzień. Nie trwa to długo, bo i wybór mamy ograniczony - kaszka czy zupka. Pociąg zwalnia i powoli wtacza się na stację. Malutką, dwie pary torów zaledwie.
Wysiadamy nie spodziewając się niczego. Małe miasto na północy Szwecji. Przemysłowe. Jakaś Kiruna. 



Jesteśmy absolutnie pozytywnie zaskoczeni.
Mieszkańcy Kiruny zapraszają wszystkich wysiadających z pociągu na poczęstunek. Na kawę i na herbatę. Na bułeczki kardamonowe*. Na sok. Dzieci do zabawy. Dorosłych do poznania historii tego małego miasteczka. Wszystko to za zwykłe dziękuję. Za uśmiech. Z dobroci serca.
I Kiruna przestaje być "jakaś". Wbija się mocno w naszą pamięć. Tym razem możemy tam zostać tylko chwilę, nasz pociąg do Narviku zaraz odjeżdża, ale z pewnością i z przyjemnością tam wrócimy.



Wierzę głęboko, że dobro, które czynimy - do nas wróci.
Wierzę, że czas, który innym poświęcimy - również wróci.
Wierzę, że uśmiech, który komuś podarujemy - też kiedyś otrzymamy.

Mieszkańcy Kiruny** chyba doskonale zdają sobie z tego sprawę.
[choć na pewno na dodatkowych turystów też liczą, co absolutnie mi nie przeszkadza, bo  po prostu warto tam trafić]

A ja - bo tor mojego myślenia wyglądał mniej więcej tak: dobro - uśmiech dziecka - dzieciństwo - zapraszam na ryż z jabłkami i bananami - inspirowany przepisami  znalezionymi tutaj.



RYŻ ZAPIEKANY Z JABŁKAMI, BANANAMI I RODZYNKAMI

Potrzebujemy:
3/4 szklanki ryżu
półtora szklanki mleka
cukru waniliowego 2-3 łyżeczki
cukru zwykłego około 7 łyżeczek (wszystko zależy od smaku jabłek, jakich używamy)
2-3 jabłka
banan
kilka rodzynek
odrobina cynamonu
szczypta soli
trochę masła
2 białka i jedno żółtko

Działamy:
W garnku gotujemy mleko z cukrem waniliowym i odrobiną soli, następnie do zagotowanego wsypujemy ryż. Na bardzo małym ogniu gotujemy około 30-35 minut - ryż powinien nam wchłonąć prawie całe mleko. Nie przykrywamy całkiem pokrywką. 

Jabłka - obieramy, kroimy w plasterki bądź w kosteczkę, posypujemy 2 łyżeczkami cukru. Na patelni rozgrzewamy masło i smażymy jabłka przez około 10 minut. Pod koniec smażenia dodajemy rodzynki i banana (w plasterkach). 
Ryż zdejmujemy z ognia, dodajemy trochę cukru, żółtko, odrobinę masełka, wszystko dokładnie mieszamy.
Przekładamy ryż do naczynia żaroodpornego (z braku odpowiedniego żaroodpornego - użyłam keksówki i powyżej podane ilości idealnie mi się tam wpasowały). Na ryż kładziemy naszą owocową mieszankę. 
Białka ubijamy ze szczyptą soli na sztywną pianę. Pod koniec ubijania dodajemy dwie łyżeczki cukru.
Piankę układamy na jabłkach. Wstawiamy do gorącego piekarnika (tak około 180 stopni u mnie było) i zapiekamy około 5 minut.
Smacznego!




*Bułeczki kardamonowe wyglądały dokładnie tak jak te u Liski - [klik]
**Mapka Kiruny pochodzi z oficjalnej strony miasta.


7 komentarzy:

asieja pisze...

pięknie piszesz, wiesz?

marzy mi się Szwecja
i te cynamonowe bułeczki
przez rok miałam lektorat ze szwedzkiego i przez to jeszcze bardziej chciałabym zobaczyc ten kraj
może kiedyś

zapiekany z jabłkami ryż lubię bardzo
a
robimy go niezwykle rzadko
z bananami musi smakowac podwójnie wyjątkowo..

amarantka pisze...

Dziękuję :)

Szwecja i Norwegia to mój najświeższy zachwyt.
Zapierają dech i pozostawiają z tęsknotą w duszy. Przyroda - absolutny numer jeden, ludzie - czysta dobroć, a ich język - zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy :)

Ryż faktycznie rzadko robiony... ja pamiętam swój z przedszkola, potem długo długo nic i dopiero ostatnio sama zaczęłam go robić.

majka pisze...

W Szwecji jeszcze nie bylam... Chcialabym znalezc sie w miasteczku, o ktorym piszesz i na wlasnej skorze odczuc te goscinnosc bo zachwycil mnie sposob w jaki o tym piszesz :) A ryz zapiekany z jablkami uwielbiam :))

amarantka pisze...

Myślę, że na północy więcej i takich miasteczek. I takich ludzi :)

Ania vel Vespertine pisze...

Amarantko, ten ryż mnie uwiódł. Ostatnio marzy mi się coś takiego właśnie, ale Tomek niezbyt chętnie podchodzi do słodkich obiadów, wiec się wstrzymuję...

Podoba mi się dodatek bananów, nigdy nie jadłam takiego ryżu.

Pozdrowienia ciepłe!

amarantka pisze...

Te nasze Połówki :)

Te banany z taką pewną nieśmiałością dokładałam, co by nie przedobrzyć, ale wyszło bardzo, bardzo smacznie...

pozdrawiam również ciepło!

Ania vel Vespertine pisze...

Jak kupię prodiż, to sobie zrobię. A luby niechaj je kupne pierogi. ;)