Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czekolada. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lutego 2011

Kilka argumentów za. Czekoladowy Weekend.

„Terapeuta powiedział mi, że sposobem na prawdziwy wewnętrzny spokój jest kończenie tego, co się zaczęło. Jak narazie skończyłem dwie paczki M&M’sów i czekoladowe ciasto. Od razu czuję się lepiej.”

Choć autorem powyższego cytatu jest Dave Barry, podpisać się mogę pod jego słowami z pełnym przekonaniem. Jednym z moich ulubionych sposobów na dopadającą mnie czasem nostalgię jest właśnie tabliczka czekolady, znikająca kawałek po kawałku - tym samym krok po kroku wywołująca uśmiech na twarzy.
Nic też tak nie poprawia mi humoru jak gorąca czekolada ze szczyptą chili wypita w kobiecym gronie w jednej z wrocławskich czekoladziarni. Wypijana łyżeczka po łyżeczce, a dookoła kojący klimat i ciepłych słów kilka.
Zmęczenie w długich podróżach znika błyskawicznie, gdy z plecaka można wyjąć coś, co choć odrobinę czekolady w sobie zawiera. Od razu łatwiej kolejny krok się stawia.

Jej dobroczynny wpływ na nasze organizmy nie dziwi, bo już powszechnie wiadomo, że wystarczy jej kawałek, by poziom neuroprzekaźników w naszych mózgach wzrósł, a tym samym  więcej w nas serotoniny i endorfin. I magnez też czekolada nam dostarczyć może. Gorzka pozytywnie na serce wpływa i dobrze jest jej kawałek po ciężkostrawnym obiedzie zjeść. Myślę sobie jednak, że powyższe argumenty można sobie co najwyżej w przypadku wyrzutów sumienia przytoczyć - bo nikogo zapewne do kawałka czegoś czekoladowego przekonywać nie trzeba :)


Zapewne dla wszystkich kulinarnych blogerek jasne jest, dlaczego dziś u mnie czekoladowo. Po raz czwarty bowiem - tym razem z pomocą Atiny - Bea organizuje nam Czekoladowy Weekend. I chwała dziewczynom za to!



W ramach Czekoladowego Weekendu przygotowałam  swoją  wariację na temat biscotti. Są mocno czekoladowe, idealne do porannej kawy i do włoskich wspomnień i marzeń.



 Czekoladowe biscotti z żurawiną

Potrzebujemy:
3/4 szklanki mąki pszennej
1/4 szklanki zmielonych orzechów laskowych
1/3 szklanki kakao
1 jajko
1/3 szklanki cukru
3/4 szklanki żurawin
1/4 szklanki czekolady drobno posiekanej
100 g miodu - to około 4 łyżek
1/2 łyżeczki sody
szczypta soli

Działamy:
Jajko ubijamy mikserem, po chwili dodajemy cukier i miód i znowu mieszamy. Mąkę, kakao, orzechy laskowe zmielone, sodę i sól mieszamy i dodajemy do ubitego jajka z cukrem i miodem. Na koniec dodajemy drobno posiekaną czekoladę i żurawinę i delikatnie mieszamy.
Obsypując dłonie mąką formujemy masę w podłużny chlebek o długości około 20 cm. Układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.
Pieczemy w temperaturze 180ºC przez 30 minut, aż masa będzie brązowa i twardsza. Wyjmujemy z piekarnika i studzimy przez około 10 minut. Następnie kroimy nożem na 1 cm kromeczki, na ukos. Układamy je na blaszce (poziomo) i podpiekamy, aż wyschną - przez około 15 minut w temperaturze 180ºC - przewracając w połowie pieczenia na drugą stronę. Uważać trzeba jednak, żeby ciasteczek nie przypalić!
Smacznego!



czwartek, 10 lutego 2011

Bananów rolowanie, czyli co dwie kuchnie to nie jedna.

I znowu musiało trochę wody w rzece upłynąć, chmur nad głową moja przemknąć, kropli deszczu spaść na ziemię, a czasem i kilka płatków śniegu. Świat za oknem kilkoma krokami przybliżył się do wiosny, a ja zdążyłam już prawie zapomnieć o zimie. I złapałam oddechów kilka, świeżym spojrzeniem spojrzałam na swoją kuchnię i nabrałam ochoty na nowe kulinarne wyzwania i podboje smaków jeszcze ciągle zbyt mało znanych.

I w piękny czwartkowy poranek w przemiłym towarzystwie powstała rolada bananowa.


Moją przemiłą towarzyszką była dziś Oliwka, autorka blogu Cynamon i Oliwka.  Pomysł w naszych głowach na wspólne pieczenie pojawił się już kilka miesięcy temu, ale również i w tym przypadku musiało trochę czasu minąć, żeby pomysł się przegryzł i wolne terminy się zgrały. Mniejsze problemy miałyśmy z wyborem przepisu - miało to być coś nowego, czego jeszcze nie robiłyśmy i coś z czekoladą i bananami, które obie, ja i Oliwka, uwielbiamy. Wybór padł więc na roladę bananową z wiórkami czekoladowymi. 

I dziś rano, o godzinie 10:00 rozpoczęłyśmy w naszych kuchniach - ja we Wrocławiu, a Oliwka w okolicach Krakowa - białek ubijanie, kolejnych składników dodawanie, pieczenie, masą przekładanie i rolowanie. Dzięki temu miałyśmy też okazję poznać się trochę bliżej, wymienić nasze spostrzeżenia na różne tematy i naprawdę miło spędzić poranek. Wyjątkowo miło, bo Oliwka jest wyjątkową osobą. 

Dziękuję Ci Oliwko za dzisiejszy poranek - mam nadzieję, że nasze wspólne pieczenie na jednym razie się nie skończy :)


Rolada kojarzy mi się z dzieciństwem - robiona przez moją Mamę, wypełniona truskawkami. Ta zrobiona dzisiaj jest trochę takim słodkim wspomnieniem - wypełnionym bitą śmietaną, bananami i czekoladowymi wiórkami. Jeśli lubicie takie połączenie smaków - to z pewnością jest to propozycja dla Was!
Muszę tylko ostrzec, że jest to wyjątkowo słodki deser!





Rolada bananowa
[przepis znaleźć można TU]

Potrzebujemy:
3 jajka średniej wielkości
100 g + 1 łyżka cukru
75 g mąki pszennej
25 g mąki ziemniaczanej
15 g + 1 łyżka kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
400 g śmietany do ubijania
2 paczki wzmacniacza do bitej śmietany*
50 g wiórków czekoladowych
2-3 banany
trochę cukru do ozdoby
papier do pieczenia

Działamy:

Oddzielamy żółtka od białek. Białka ubijamy na sztywno dodając 100 g cukru. Mieszamy z ubitymi białkami żółtka. Mąki, proszek do pieczenia i kakao ze sobą mieszamy i dodajemy do masy delikatnie mieszając. Blaszkę do pieczenia (32 x 39 cm) wykładamy papierem do pieczenia. Na papier do pieczenia wykładamy masę i wygładzamy. Pieczemy w rozgrzanym do 200 stopni piekarniku przez około 8 minut. Czysty ręcznik kuchenny posypujemy cukrem i kładziemy na nim nasze upieczone ciasto. Zdejmujemy papier do pieczenia. Biszkopt zaczynając od dłuższej strony delikatnie zwijamy. Pozostawiamy do wystygnięcia. 

Ubijamy śmietanę, dodając wzmacniacz i łyżkę cukru. Dodajemy wiórki czekoladowe. Rozwijamy biszkopt, rozkładamy na nim bitą śmietanę. Obranego banana kładziemy wzdłuż dłuższego boku biszkopta. Zwijamy ponownie. Wstawiamy na co najmniej godzinę do lodówki. Przed podaniem posypujemy łyżką kakao i odrobiną cukru.
Smacznego!


 * jeśli jesteśmy pewni, że śmietana której używamy, zachowa swoją formę - sugeruję opuszczenie tzw. wzmacniacza do bitej śmietany.

czwartek, 16 grudnia 2010

Intensywnie. Czekoladowo. Pomarańczowo.

Moim ulubionym filmowym czarodziejem jest Tim Burton. Celowo nie piszę - reżyserem, a właśnie czarodziejem, bo nie znam drugiego takiego, który potrafiłby wyczarować w swoich filmach tak niesamowity klimat. Uwielbiam przenosić się w świat wykreowany przez Burtona. Mam gwarancję, że zawsze będzie intensywnie. Choćby tak intensywnie jak w filmie "Charlie i fabryka czekolady".

I gdybym miała swoją dzisiejszą kulinarną propozycję dopasować do filmowego dzieła - to zdecydowanie  wybrałabym wspomniany powyżej film. Z tą różnicą, że "Charlie i fabryka czekolady" nie wszystkom może się podobać, natomiast dzisiejszemu sernikowi - trudno się oprzeć.

  

Dziś przedstawiam Wam sernik czekoladowy. Rozpływający się w ustach.  Intensywnie czekoladowy. Z nutką pirackiego rumu i słonecznych pomarańczy. Sernik, który zachwyca swoim smakiem nawet tych, którzy do serników podchodzą sceptycznie (czytaj autorka tego bloga). I który z pewnością sprawdzi się w trakcie zbliżających się już wielkimi krokami Świąt Bożego Narodzenia.



Sernik czekoladowo-pomarańczowy.*

Potrzebujemy:

Na spód -
125 g ciastek digestive
60 g masła
1 łyżka kakao

Na masę serową -
750 g trzykrotnie mielonego twarogu (użyłam takiego z wiaderka)
180 g cukru
180 g gorzkiej czekolady
3 jajka
180 ml kremówki
skórka otarta z pomarańczy
1 łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej
2-3 łyżki rumu

Na polewę -
75 g czekolady
125 ml kremówki
1 łyżeczka miodu
odrobina skórki pomarańczowej

Działamy:

Spód. Ciasteczka mielimy blenderem (lub kruszymy zawinięte w ściereczkę przy pomocy wałka). Dodajemy do nich kakao, a następnie roztopione masło. Mieszamy. Układamy w foremce o średnicy 24 cm, wyłożonej papierem do pieczenia i schładzamy w lodówce.

Masa. Czekoladę roztapiamy w kąpieli wodnej i studzimy. Ser miksujemy z cukrem na gładką masę, dodajemy ostudzoną czekoladę, a następnie jajka, kremówkę, rum i pomarańczową skórkę. Dokładnie mieszamy - ale nie dłużej niż do połączenia składników, ponieważ nie należy zbytnio napowietrzać masy (zbyt długie miksowanie powoduje, że potem nasz sernik może popękać). Masa powinna być gładka i jednolita.
Wylewamy na schłodzony spód. 
Piekarnik nagrzewamy do 160 stopni i pieczemy w nim nasz sernik - przez około 1 godzinę i 10 minut. Po tym czasie wyłączamy piekarnik i zostawiamy w nim nasz sernik na około godzinę. Po godzinie wyciągamy i studzimy do końca.

Polewa. Czekoladę rozpuszczamy w śmietanie kremówce razem z łyżeczką miodu i skórką pomarańczową. Lekko studzimy i następnie polewamy nią sernik. Można pokryć całość, można zrobić esy-floresy - twórcze podejście - mile widziane :)

Po całkowitym ostudzeniu sernika chowamy go najlepiej na całą noc do lodówki. Smacznego!


* Powyższy przepis na sernik to połączenie dwóch przepisów - Nigelli i Doroty z Moich Wypieków - z moimi zmianami i dodatkami. I po popularności tego sernika - muszę przyznać, że to bardzo udane połączenie :)

czwartek, 13 maja 2010

Bo... I czekolady turlanie.

Bo wczoraj były urodziny pewnej Pani.
Bo za oknem pogoda bardziej jesienna niż wiosenna.
Bo ochota na kubek gorącej herbaty, tom wierszy, ciepły koc.
Bo warto czasami pewne słowa zapamiętać.


"Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni przemijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak potrafimy być nimi jutro?
Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie ze sobą: światło, powietrze i życie, jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia. Wyjdź mu naprzeciw."
Phil Bosmans



Bo turlać się zawsze lubiłam.
I turlanie czekolady też polubiłam.


Trufle w orzechach.
[na podstawie przepisu Asi z Kwestii Smaku]

Potrzebujemy:
200 g ciemnej czekolady
200 ml ubitej śmietanki kremówki
6 łyżek brązowego cukru
4 łyżki masła
zmielone orzechy włoskie

Działamy:
Czekoladę łamiemy na kostki i rozpuszczamy w tak zwanej kąpieli wodnej - wkładamy do miski i rozpuszczamy nad garnkiem lekko gotującej się wody. Ubijamy śmietankę z cukrem, zagotowujemy i wlewamy powoli do rozpuszczonej czekolady - jednocześnie ubijając. Kiedy śmietanka połączy się z czekoladą, dodajemy po kawałku masło - dalej ubijając. 
Masę schładzamy w lodówce. Z zastygłej szybko turlamy kulki i obtaczamy je w orzechach. Gotowe najlepiej trzymać w lodówce. Smacznego!


poniedziałek, 29 marca 2010

Ufff... tort. I dzię-ku-je-my!

Po napisaniu, opowiedzeniu i podzieleniu się swoją wiedza...
Po przegonieniu z mieszkania kotów po kątach się chowających...
Po pokonaniu góry prania, a później takiej samej góry prasowania...
Po przebrnięciu przez kilka innych spraw, które po drodze się pojawiły...


Pozwalam sobie powiedzieć... ufff! * 

Zacznę od podziękowań naszych wspólnych za wszystkie kartki! Ich liczba przerosła moje najszczersze oczekiwania, dziś dotarła setna [100!] kartka. Niezwykle to budujące, że po świecie krąży tyle pozytywnych ludzi, którzy potrafią, tak po prostu, zrobić coś dobrego, coś miłego, dla kogoś innego.  Poświęcić swój czas, czasem nawet dużo czasu [bo stworzenie niektórych kartek na pewno wymagały dłuższej chwili] dla kogoś, kogo część z Was nawet nie zna. Budują też wszystkie pozytywne słowa, które przy okazji korespondowania z Wami, się pojawiły. Wolę nie myśleć, ile zmarszczek na mojej twarzy pojawiło się od ciągłego uśmiechania przez ostatni miesiąc! Jesteście NIESAMOWICI!!! i bardzo, bardzo Wam za Waszą pomoc dziękuję!  

A więc....oto ja....:) czyli ponad stokrotnie wymieniany przez Was Drogie Moje Kasztany adresat... adresat wielce zagubiony, bo mieszkający w niebezpiecznych i jakże ekstrawaganckich Niemczech... kraj to obfitujący w kolory i bawiących się ludzi na ulicach przy wszechobecnej salsie... [więc znacie już mój poziom abstrakcji umysłowej:) ] Dziękuje Wam moje Wszechobecne Pluszowe Stwory (że pozwolę się tak wyrazić) za te noszone w sobie pokłady energii , za te pomysły, które sprawiają, że ktoś taki jak ja czuje się chwilę centrum wszechświata... i za to że mogliśmy połączyć kontynenty na krótki kawałek drogocennego czasu :). A więc za to wszystko dziękuje Wam ten oto:



Z przykrością jednak musimy donieść, że Spółdzielcza Wytwórnia Krótkich Produkcji Animowanych A & A musi przesunąć premierę "Prawdziwej historii skrzynki pocztowej 71665" na termin późniejszy, za co wszystkich przepraszamy. **

Zapraszamy jednak na obiecany ostatnio tort.


Tort, to brzmi groźnie... tak przynajmniej myślałam czas jakiś temu - nie przeszkodziło mi to jednak wybrać jednego z bardziej pracochłonnych tortów. Tort Dobos pochodzi z Węgier, stworzył go cukiernik Jozsef Dobos, który pod koniec XIX w. prowadził w Budapeszcie sklep z artykułami delikatesowymi i pisał książki kucharskie. Tortem zabłysnął na wystawie cukierniczej, a recepturę udało mu się przez 20 lat utrzymać w tajemnicy!



Tort Dobos

potrzebujemy:

Ciasto:
20 dag cukru
20 dag mąki
7 jajek (wyciągnięte dwie godziny wcześniej z lodówki)
szczypta soli
1 cukier waniliowy
2 łyżeczki soku z cytryny
1/2 szklanki ciepłej wody
5 dag cukru pudru
skórka otarta z 1/2 cytryny
masło do formy

Krem czekoladowy:
28 dag masła
20 dag cukru
woda
szczypta soli
5 dag kakao
1 łyżeczka rumu
1 cukier waniliowy
3 dag kakao do posypania

Glazura:
250 g cukru
sok z 1/2 cytryny
plus 12 trufli

działamy:

Żółtka ucieramy z cukrem, solą, cukrem waniliowym, sokiem z cytryny i wodą. W drugiej misce ubijamy białka, dosypując stopniowo cukier puder i pod sam koniec ubijania - startą skórkę cytrynową. Gdy masa z żółtek będzie już puszysta i kremowa, dodajemy do niej ubite białka. Do masy przesiewamy powoli mąkę, delikatnie mieszając do uzyskania jednolitej masy.

Piekarnik rozgrzewamy do 200°C.

Możemy nasze krążki piec na dwa sposoby - albo wycinając krążki z papieru do pieczenia, albo korzystając z tortownicy, choć wtedy przydałyby nam się dwie albo trzy takie same. [Ja korzystałam z obu, lepsze efekty osiągając jednak z tortownicy.] Smarujemy masłem spód tortownicy. Porcjami wlewamy cienką warstwę ciasta i pieczemy  6-8 spodów biszkoptowych po 10 minut każdy. Odkładamy do ostygnięcia. 

Masa - cukier wsypujemy do rondelka i zalewamy wodą (wody powinno być tylko tyle, aby przykryła cukier). Po zagotowaniu - studzimy. Masło ucieramy  z solą, mieszamy z kakao i ostudzonym syropem cukrowym. Dodajemy rum (ja użyłam likieru jajecznego) i cukier waniliowy. 

Krążki biszkoptowe smarujemy cienką warstwą kremu i układamy jeden na drugim. Boki i górę tortu też smarujemy kakaowym kremem. Jeśli została nam masa, a powinna - wkładamy do lodówki, może nam się przydać przy ozdabianiu tortu. 

Glazura - karmelizujemy cukier, następnie mieszamy go z sokiem cytrynowym. Polewamy wierzch tortu [co stanowiło dla mnie prawdziwe wyzwanie, bo w ogóle przed karmelem obaw trochę mam], ozdabiamy resztą masy i pralinkami.

Smacznego!***




* co nie oznacza, że zdałam, wyniki dopiero za 8 tygodni :) I dziękuję Wam bardzo za kciuki!
** po wyczerpującym tygodniu - a nawet właściwie dwóch - okazało się, że chwilowo Wytwórnia zaniemogła... i krótkiej rekonwalescencji wymaga.
*** tort ten to kwintesencja słodkości, jest bardzo dobry, ale nie pozwala na zjedzenie na raz więcej niż jednego kawałka :)

czwartek, 25 lutego 2010

Skoro. Jeśli. Gdy. Wiosna?

Skoro sąsiady*...
... wyciągają swoje skuterki, motorki i krótkie spodenki...
... uruchamiają na nowo swoją garażową kapelę...
... tworzą długie kolejki na myjni...

Jeśli ja...
... przez większość dnia mam pootwierane okna...
... pranie** suszę na wietrze...
... odnajduje nowe pokłady energii...

Gdy za oknem...
... słońce świeci od rana...
... powietrze pachnie inaczej...
... temperatura jest zdecydowanie na plusie...

to chyba możemy już mówić o WIOŚNIE?

To mnie zaskakuje ciągle, jak bardzo, jak co roku, od nowa, cieszy mnie wiosna...

Kulinarnie jednak jeszcze zimowo - zimowo bo lutowo.
Lutowa Weekendowa Cukiernia.



Pączki, makaroniki, brownies. Przy pączkach odstrasza mnie smażenie. Skutecznie odstraszyło i tym razem. Przy makaronikach braki w sprzęcie kuchennym, bo ten rękaw chyba by się tu przydał... [trochę więcej doświadczenia też...]

I tym samym, drogą eliminacji... zostało brownies bez mąki, z truskawkami, których zabrakło, ale to już inna historia. I cieszę się bardzo, że akurat brownies. Smakowało mi o wiele bardziej niż to, które prezentowałam wcześniej. To jest lżejsze, nie za słodkie i po prostu rozpływa się w ustach. I koniecznie do wypróbowania następnym razem z truskawkami.

 
Brownies bezmączne.
podaję za Olcik

Potrzebujemy:

35 g kakao
80 ml gorącej wody
150 g gorzkiej czekolady, roztopionej (użyłam takiej z 70% kakao)
150 g masła, roztopionego
230 g ciemnego brązowego cukru
100 g zmielonych orzechów laskowych (użyłam włoskich)
4 jajka
100 g truskawek (mogą być mrożone) (zabrakło, niestety)

1 łyżka kakao, do dekoracji

Działamy:

Piekarnik nagrzewamy do 180ºC
Kakao mieszamy z gorącą wodą do gładkości. Wlewamy do niego roztopioną czekoladę, masło, wsypujemy cukier, orzechy i dodajemy żółtka. Miksujemy do uzyskania gładkiej masy. Dodajemy truskawki. Białka ubijamy na sztywną pianę. Delikatnie łączymy z czekoladowym ciastem.

Blaszkę o boku 19 - 20 cm  (moja miała 20x30cm) wykładamy papierem do pieczenia. Przelewamy do niej czekoladową miksturę. Pieczemy przez 60 - 70 minut. Studzimy 15 minut w blaszce, wyjmujemy na talerz, do góry spodem, delikatnie zdejmujemy papier. Posypujemy kakao i kroimy na kwadraty.


* sąsiady, skutr, przytulak - taka nasza mowa...
** dzisiaj wyskoczyło mi ekstra pranie, niezaplanowane i niechciane, a wtajemniczeni wiedzą jak bardzo nie lubię tutaj prać ;) tylko słońce mnie uratowało od wielkiego wrrrr...


piątek, 19 lutego 2010

Na dwa kubki.

Za plecami, w piekarniku, siedzi chleb. Z dynią.
Obok, za oknem, w strugach deszczu moknie śnieg.
Nad głową szczeka Jackie. Nieustannie od 10 minut.
Przy prawej ręce zestaw ratunkowy.*
W głośnikach to samo radio. Co zawsze.

A w powietrzu unosi się jeszcze ciągle zapach wanilii, cynamonu, czekolady...

I ta oto mieszanka zapachów jest moją pierwszą propozycją w ramach czekoladowego weekendu. Bardzo słodka propozycja, idealna na zimowe popołudnie...


Biała gorąca czekolada. Na dwa kubki.

Potrzebujemy:

150 g białej czekolady
500 ml mleka
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
1/2 łyżeczki cynamonu

Działamy:

W rondlu podgrzewamy lekko mleko i dodajemy połamaną na kawałki białą czekoladę. Mieszamy aż się rozpuści. Dodajemy ekstrakt z wanilii, cynamon, mieszamy. Zagotowujemy cały czas mieszając trzepaczką. Podajemy i wypijamy bez zwlekania... smacznego!


Przepis pochodzi ze strony pewnego młodzieńca, Donal Skehan się ów młodzieniec nazywa.

* zestaw chusteczek, aspiryna, rutinoscorbin. Tak czasem kończą się walentynkowe spacery ;)

piątek, 29 stycznia 2010

Smaki dzieciństwa. Mus czekoladowy. Weekendowa cukiernia.

W tle moje ulubione wrocławskie radio. Monika zbiera wspomnienia słuchaczy związanych ze smakami dzieciństwa... vibovit i visolvit wyjadane prosto z saszetki, do tego oczywiście oranżada w proszku... guma donald się też pojawia - ale wszyscy zgodnie przyznają, że najważniejsza w całej gumie była historyjka. Wafelki kukuruku [koukou roukou], to już jednak nie z mojej pamięci. Staropolanka z sokiem malinowym. Czekoladowe szyszki z ryżu dmuchanego. Mleko z zacierkami. Ciepłe lody. Kocie języczki. Lody bambino. Prażynki ziemniaczane. Lizaki w kwiatkiem w środku. Serek homogenizowany w prostokątnym pudełku. Irysy. Tabletki na gardło... tak, smaki naszego dzieciństwa. Takie dosyć dziwne smaki...

Kiedy byłam mała, z moimi przyjaciółmi z uliczki - mieliśmy zwyczaj w ciepłe popołudnia wybierać się na pikniki. Każdy z nas podbierał jakieś łakocie z domowych szuflad (i tak, oranżada w proszku to był wtedy hit) i wędrowaliśmy pod wielki, stary dąb, z kocykiem... szkoda, że tamte pikniki są już tylko wspomnieniem, że tak nasze drogi się rozeszły... Na szczęście dąb ciągle stoi :)

Jednym ze smaków mojego dzieciństwa jest też kogel-mogel.  
Mamuś, zrobisz mi? do tej pory pamiętam nawet w jakim kubku ten kogel-mogel zazwyczaj jadłam...


I tak dziś słuchając swojego radia, wspominając smakołyki z dzieciństwa, tworzyłam mus czekoladowy, który notabene bardzo mi się z koglem-moglem skojarzył. Taki kogel-mogel w wersji bardzo de lux. Z czekoladą gorzką od pewnej niewiasty na K., od której maila dziś dostałam. I o której ciepło myślę. I będę cierpliwie czekać ;)





Mus czekoladowy jest propozycją Gosi w styczniowej Weekendowej Cukierni. I to jest też Gosi wspomnienie z dzieciństwa.

MUS CZEKOLADOWY
[przepis cytuję za Gosią]

potrzebujemy:

200g czekolady gorzkiej
4 jaja
6 łyżek śmietanki kremówki (36%) około 70g masła
3 łyżki cukru pudru
4 łyżki mocnej kawy w płynie


działamy:

Rozpuszczamy czekoladę z masłem i kawą na parze. Odstawiamy do ostygnięcia.
Żółtka ucieramy z połową cukru pudru, dodajemy do nich ostudzoną czekoladę.
Śmietanę ubijamy na sztywną pianę, dodajemy do masy jajeczno-czekoladowej.
Białka również ubijamy na pianę z odrobiną soli, pod koniec ubijania dosypujemy resztę cukru pudru.
Naszą pianę białkową delikatnie łączymy z masą czekoladową.
Wykładamy mus do małych salaterek, dekorujemy według uznania.Wstawiamy do lodówki i czekamy aż zastygnie. a potem już tylko... smacznego!


U mnie pojawił się w wersji z babcinymi wiśniami. To był pyszny początek mojej przygody z Weekendową Cukiernią. Mam nadzieję, że teraz co miesiąc będę w niej gościć :)

środa, 16 grudnia 2009

Czas na przerwę. Albo dobry początek.

Zawijam, owijam, zaginam, otulam wstążką.
Pierwszy świąteczny prezent zapakowany.
Zbieram słowa. Układam w całość. Dorzucam trochę magii.
Pierwsza świąteczna kartka wypisana.
Wyglądam przez okno. Wypatruję płatków. Wypatruję soboty.
Słucham radia ram. I Kevina Johansena.
Wszystko powoli nabiera właściwych barw.
















Wertuję przepisy. Zagniatam ciasto. Nagrzewam piekarnik.
I gdzieś pomiędzy tym wszystkim podsuwam sobie.
Podsuwam Tobie ;)
Bananowy. Czekoladowy. Mleczny. Koktajl.
Prawie jak u Nigelli. Na pewno ekspresowo :)



Koktajl bananowy - Go Get'Em Smoothie

Potrzebujemy:
mrożonego banana (bez skórki!) podzielonego na części mniejsze
150 ml mleka
1 łyżka miodu (pominęłam)
4 łyżeczki czekolady w proszku
1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
trochę startej czekolady do posypania...

Działamy:
Wszystkie składniki miksujemy. Przelewamy do szklanki. Posypujemy czekoladą.
I pozwalamy sobie na chwilę przerwy :) od tego i tamtego...














Przepis oczywiście autorstwa Nigelli Lawson.

wtorek, 1 grudnia 2009

Zimy. Śniegu. I wiosny. *


Ostatni dni listopada to zawsze trochę przyjemności.
Powody do prezentów dawania. (100 lat dla wszystkich Andrzejów!)
Do rocznicowego toastu.
Do długiego przytulania.
I do rozpoczęcia odliczania!



Czekam. Czekam. Czekam.
Zbieram ciasteczkowe przepisy.
Słucham od rana Christmas And The City.
Inspiruję się. I prezentów wyszukuję.
Czekam. Czekam. Czekam.

I udaję, że nie widzę tego deszczu za oknem.
I nawet - o dziwo - mróz bym chętnie poczuła na policzkach.

Kulinarnie walczę (tak, tym razem to walka) o barszcz po ukraińsku. Utarł mi nosa. Za nic nie chce przypomnieć sobą smaku prawdziwego. Mojego domowego. Na szczęście wiem dlaczego i następnym razem postaram się błędu nie popełnić.

Dziś nie o barszczu jednak. Wręcz przeciwnie.
Po długich namysłach. Wertowaniu przepisów. Poszukiwaniu smaku, który wyraziłby moje uczucia. Skojarzenia. Myśli. To miało być coś, co stałoby się udanym prezentem dla mojego A. ;) Słodko. Czekoladowo. Orzechowo. Czyli to co lubi najbardziej. Brownie. Wyszło idealnie.



Brownie z orzechami włoskimi


140 g czekolady 70%
250 g drobnego cukru
4 jajka, lekko roztrzepane w miseczce
140 g mąki pszennej przesianej przez sitko
250 g masła o temperaturze pokojowej
200 g orzechów włoskich, grubo posiekanych

Czekoladę łamiemy na kawałki i rozpuszczamy w kapieli wodnej.
[W dużym garnku zagotowujemy wodę, czekoladę wkładamy do miski, którą kładziemy na garnku z gotującą się wodą tak, by woda nie dotykała do dna miski. Delikatnie mieszamy czekoladę, która rozpuszcza się po kilku minutach.]

Masło miksujemy, następnie powoli wlewamy czekoladę (ciepłą, ale nie gorącą). Teraz dodajemy powoli jajka, następnie cukier, mąkę. Miksujemy tylko tyle, żeby wszystko się dobrze połączyło (2-3 minuty). Dodajemy orzechy.
Piekarnik nagrzewamy do 190 st C.

Formę (u mnie o wymiarach: 32x23 cm) wykładamy papierem do pieczenia. Masę przekładamy do formy. Pieczemy 20 minut. Ciasto jest upieczone z wierzchu i boków, ale pozostaje wilgotne w środku. Formę wyjmujemy z piekarnika i odstawiamy na 30 minut do ostygnięcia. Po tym czasie kroimy na kwadraty. Smacznego!



* cytat ze znajomej Karoliny