Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą orzechy. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 stycznia 2011

Zachwyty dwa.

Wpadłam w zachwyt. Pozwoliłam ponieść się muzyce i obrazowi.
W całkowitym oderwaniu od ciężkich chmur za oknem.
I nagle odkryłam, że mam skrzydła. Wzniosłam się w powietrze.
Ujrzałam wielką przestrzeń i takie też szczyty.
Piękno natury w czystej postaci.

Zaczęłam od Alp, potem przeleciałam nad Alaską.
I tylko przy pomocy jednego kliknięcia zmieniałam obraz przed oczami.
Nowa Zelandia, Irlandia, Malediwy, Grecja, Afryka.

Dla chwili spokoju i relaksu... polecam.
Wystarczy kliknąć TU i wybrać wymarzony cel podróży.




Ostatnio wpadłam też w zachwyt po upieczeniu chleba.
Dzięki staraniom Kasi - przy okazji setnego wydania Weekendowej Piekarni - prowadzącym był Jeffrey Hamelman, którego domowym piekarzom przedstawiać z pewnością nie trzeba. Zaproponował nam chleb z orzechami, figami i ziarnami anyżku, na pszennym zakwasie. 
Z racji braków w mojej spiżarni i pobliskim sklepie - w upieczonym przeze mnie bochenku nie było fig, a z powodu wielkiej awersji do anyżku - nawet do samego słowa! - nawet nie myślałam o tym, żeby jego ziarna do chleba dodawać. W trochę okrojonej wersji więc, ale mimo to - pyszny. 
Mój A. stwierdził, że to najlepszy chleb, jaki do tej pory upiekłam :)



Przepis cytuję dokładnie w takiej wersji, w jakiej pojawił się na stronie Weekendowej Piekarni i z dodatkowymi uwagami Gospodarnej Narzeczonej.


Chleb na pszennym zakwasie z figami, orzechami laskowymi i ziarnami anyżku
J.Hamelman

Proporcje na 2 dość spore bochenki ( w nawiasach pół porcji)

Zaczyn zakwasowy levain:
-200 (100)g mąki pszennej chlebowej
-120 (60)g wody
-20g (10)g dojrzałego zakwasu pszennego 80% hydracji

Wszystkie składniki mieszamy w misce. Zaczyn będzie dość gęsty. Przykrywamy folią i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrastania na 12-16 godzin

Ciasto chlebowe:
-550 (275)g mąki pszennej chlebowej
-250 (125)g mąki pszennej razowej typ 1850
-600 (300)g wody
-20 (10)g soli
-180 (90)g suszonych fig
-180 (90)g orzechów laskowych
-5 (2,5)g nasion anyżku
-320 (160)g zaczynu

Orzechy prażymy chwilę na patelni lub w piekarniku, odzieramy łupki.
Figi, po odkrojeniu sztywnych końców, kroimy w dużą kostkę, na sześć.
W misce mieszamy wszystkie składniki oprócz fig i orzechów, aż powstanie jednolite ciasto. Następnie wyrabiamy przez 5-6 minut, aż gluten będzie średnio rozwinięty. Dodajemy figi i orzechy, wyrabiamy, tak by rozprowadziły się po cieście. Ciasto formujemy w kulę i przekładamy do miski na fermentację na 2 i 1/2 godziny. Ciasto składamy raz w połowie.
Po tym czasie dzielimy na dwa, formujemy bochenek i odkładamy do wyrastania. Pieczemy z parą w temp. 225 st. C z parą przez 15 minut. Obniżamy temp. do 215 st.C i pieczemy dalsze 25-30 minut.
To tyle Hamelman, a teraz ja:

Kilka moich uwag.
1. Jest to chleb na pszennym gęstym zakwasie tak zwany levain. Upieczony na żytnim jest niestety już innym chlebem. Jeśli nie macie pszennego zakwasu, możecie zrobić zaczyn z żytniego zaczątka, chodzi o te 20-10g. Jeśli obawiacie się o żywotność zakwasu, dajcie drożdży około 5-6g. Chleby na levain zwykle dłużej rosną niż na żytnim zakwasie i niestety są kapryśne. Choć jak już wyjdą smak wynagradza wszystko.
2. Ziarna anyżku w przepisie można zastąpić ziarnami kopru włoskiego. Ja wolę jednak te pierwsze.
3. Proponuję złożyć ciasto dwa razy w ostępach 45 minut, bo Polskie mąki są słabsze od amerykańskich. Składanie to rozpłaszczenie ciasta na blacie, złożenie na trzy jak list urzędowy, i następnie złożenie na trzy w poprzek.
4. Przed ostatecznym formowaniem można zrobić tak zwany pre-shaping tj. uformować chleb w kulę i dać mu odpocząć na blacie 15-20 minut.
5. Hamelman przeoczył, jako oczywistość jak sądzę, ostateczne wyrastanie. Inne jego levain wyrastają dość długo 2-2,5 godziny (chodzi o ostateczne wyrastanie w koszu), ale może to trwać i 4 godziny. Oczywiście przy dodatku drożdży ten czas będzie krótszy. Dlatego warto wyłożyć kosz omączoną ściereczką, można sobie nawet uszyć na wymiar. Możecie też ostateczne wyrastanie zrobić w lodówce. Wtedy włóżcie koszyk z chlebem w foliowy wór.
6. Chleb po wyrośnięciu wyrzucamy na omączoną lub obsypaną semoliną - polecam- łopatę i z łopaty zsuwamy do pieca.
Piekarnik zawsze rozgrzewamy 10-20 st. C niż temperatura pieczenia chleba. Po włożeniu bochenka obniżamy, zresztą sama się też obniży momentalnie. Studzimy na kratce.




niedziela, 14 listopada 2010

Orzechowy zawrót głowy. Na spacer po parku.

Włoskie smakują mi najbardziej świeże, zebrane niedawno spod wielkiego, starego drzewa.
Z czekolady z okienkiem największym przysmakiem była czekolada, laskowe zostawiałam.
Ziemne* kojarzą mi się ze świętami, bo najczęściej w grudniu pojawiały się w naszym domu.
Pistacje - jedyne, o których mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć - uwielbiam.
Migdały - najbardziej smakują mi zmielone na pył - jako dodatek do ciasteczek.
Piniowe - pierwszym skojarzeniem jeszcze długo będzie pesto.
Pieczone kasztany jadłam pierwszy raz nie w Paryżu, a zimą w Lizbonie.
Nerkowca - drugie miejsce po pistacjach w moim rankingu osobistym zajmują.
Brazylijskie, macadamia i ginkgo to dla mnie ciągle tajemnica.
Pekan - idealnie sprawdzają się w pewnych pysznych ciasteczkach.
Kokosowe - jeśli wiórki - to jestem na nie, jeśli chodzi o mleko - to na tak. 

Orzechy.

Multum zastosowań. Multum smaków.


Ciasteczka cytrynowo-migdałowe

Potrzebujemy:
200 g mąki
125 g miękkiego masła
125 g cukru
60 g mielonych migdałów
2 żółtka
skórka starta z cytryny

Działamy:
Ucieramy masło z cukrem na jasną, puszystą masę. Dodajemy skórkę startą z cytryny, a następnie po jednym żółtku, następnie migdały i mąkę. Dokładnie mieszamy.
Ciasto możemy rozwałkować i powycinać różne kształty. Możemy je uturlać szybką w małą kuleczkę. Możemy je nakładać łyżką do lodów na blaszkę wyłożoną papierem w odstępach 2,5 cm.
Pieczamy około 15 minut, aż będą złociste, w temperaturze 180 st. C.


Pomysły na dzisiejsze ciasteczka pochodzą z Wysokich Obcasów - powyższe podaję bez zmian, te poniżej lekko zmieniłam wymieniając część mąki na zmielone orzechy włoskie. Jedna i druga propozycja to ciasteczka proste, takie na zwykły dzień. Jako dodatek do drugiego śniadania. Na spacer po parku.

Ciasteczka owsiano-cynamonowe
Potrzebujemy:
220 g płatków owsianych
150 g mąki
50 g zmielonych orzechów włoskich
100 g cukru brązowego
100 g cukru białego
100 g miękkiego masła
2 białka
1/2 łyżeczki sody
1/4 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki gałki muszkatałowej

Działamy:
Mąkę, orzechy, płatki, sodę, cynamon i gałkę mieszamy w jednej misce. W drugiej ubijamy masło, cukier i białka. Powoli dodajemy suche składniki i dokładnie mieszamy. Na blaszkę wyłożoną papierem nakładamy łyżeczką porcje ciasta i pieczemy w 180 stopniach C przez 10 minut. Studzimy. Smacznego!


Moje orzechowe ciasteczka są propozycją w kończącym się już Orzechowym Tygodniu, organizowanym przez Elę z My best food. O Eli mogę napisać właściwie tyle - polecam! polecam! polecam! miejsce pełne smaku i klimatu.
A ja żałuję, że orzechowy tydzień dobiega już końca, bo chciałam Wam jeszcze zaproponować pewną czekoladową tartę ze skarbami ukrytymi w środku, ale to już innym razem...


* orzechy ziemne nie są tak naprawdę orzechami - pochodzą z grupy roślin strączkowych - podobnie jak fasola i groch. Więcej informacji na temat fistaszków znaleźć można TU.

środa, 3 listopada 2010

Smak dzieciństwa w lekko odmienionej wersji.

Życie na chwilę zawirowało, zadziało się, pojawiły się nowe spotkania, z nowo poznanymi i z dawno niewidzianymi. Wszystko w pięknych okolicznościach przyrody, choć czasem z lekkim przymrozkiem. I tym samym na chwilę zniknęłam. Nie było mnie tutaj, nie było mnie u Was, ale... czasem każdy potrzebuje krótkiej przerwy i małej odmiany, prawda?
Dziś chciałabym się podzielić z Wami jednym ze smaków mojego dzieciństwa. W lekko odmienionej wersji.
Gdyby mnie ktoś zapytał, które ciasto najbardziej kojarzy mi się z moją mamą, z pewnością odpowiedziałabym, że to miodownik. Kiedy byłam mała, pojawiał się przy okazji rodzinnych spotkań, świątecznych deserów, pamiętam, że zdarzało się, że i szkolne imprezy też bywały w smaku maminowego miodownika. Teraz w kuchni mojej mamy królują już inne ciasta, ale to właśnie miodownik jest smakiem mojego dzieciństwa. Miodowe ciasto przeplatane warstwami kremu z kaszy manny. Sentyment we mnie pozostał. I smak w pamięci.


Odświeżając smaki dzieciństwa, ale jednocześnie mając ochotę na wypróbowanie czegoś nowego, skorzystałam z przepisu znalezionego w jednym z kulinarnych dodatków do GW. Zamiast masy z kaszy manny mamy wersję z budyniem, ale na pewno przy najbliższej możliwej okazji zaprezentuję tu również miodownik mojej mamy. Niezmienny pozostaje też fakt, że ciasto to najlepsze jest drugiego, a nawet trzeciego dnia po upieczeniu. Warto w tym przypadku poćwiczyć cierpliwość :)


Miodownik.

Potrzebujemy:
Ciasto
500 g mąki
1 kostka masła
200 g cukru pudru
2 jajka
2 łyżki miodu
1 łyżka sody

Masa orzechowa
około 300 g orzechów włoskich posiekanych
100 g cukru
100 g masła
2 łyżki miodu

Masa budyniowa
budyń śmietankowy ugotowany zgodnie z przepisem na opakowaniu, ale z dodatkiem 150 g cukru
300 g masła

powidła śliwkowe

Działamy:
Zaczynamy od ugotowania budyniu - z dodatkiem cukru pudru i odstawiamy go w chłodne miejsce, żeby wystygł.
Na stolnicy (bądź w odpowiednim mikserze) siekamy składniki ciasta. Zagniatamy i dzielimy na trzy równe części. Wkładamy na conajmniej 30 minut do lodówki. Po tym czasie jedną część rozwałkowujemy na blaszce i pieczemy przez około 10-15 minut - do uzyskania złocistego koloru - uważając, żeby nie przypiec za bardzo! Następnie pieczemy drugi placek. W między czasie w rondelku smażymy składniki masy orzechowej i rozsmarowujemy na trzecim - jeszcze surowym - placku, który potem pieczemy.
Już chłodny budyń ucieramy z masłem.
Bierzemy pierwszy placek (ten bez orzechów) - smarujemy powidłami, potem masą budyniową, przykrywamy plackiem numer dwa, smarujemy znowu powidłami, masą budyniową i przykrywamy plackiem numer trzy - tym z orzechami. Przykrywamy ciasto folią i wstawiamy na 24h do lodówki. Smacznego!


piątek, 17 września 2010

Palcem po mapie.

Potrzebuję zmian.
Kiedyś, jak pory roku - z regularną częstotliwością - zmieniałam kolor włosów, odcienie swojej garderoby, przesuwałam meble, na miejsce biurka stawiałam łóżko, a w oknie wieszałam nowe gliniane dzwonki pomalowane w kolorowe kwiaty. Teraz też powoli wprowadzam małe zmiany. Tu i tam.

Potrzebuję wyjazdu.
Gdziekolwiek. Na chwilę choćby. Spakować plecak, wrzucić to co najpotrzebniejsze, jakąś książkę na drogę. Zmienić widok za oknem. Zmienić powietrze. Na morskie. Na górskie. Na inne niż wrocławskie. Wędrować nowymi ścieżkami.

Pora na zmiany jest. Na podróż jeszcze nie teraz, ale tą zawsze można sobie kulinarną urządzić. I palcem po mapie powędrować i pomarzyć i zaplanować. Wszystko jeszcze przed nami, prawda?


Zapraszam Was dziś na kulinarną podróż do Szwajcarii, dokładnie do kantonu Graubünden, czyli do kantonu Gryzonia (cudna polska nazwa!), graniczącego z Włochami, Austrią i Liechtensteinem. Tort Engadiner wypełniony orzechami, co zresztą stanowi ciekawostkę, ponieważ klimat tego kantonu nie sprzyja orzechom włoskim, więc w jakiś sposób dotrzeć musiały one do Gryzonii. Teorii jest kilka, jedne mówią, że orzechy dotarły z Wenecji, ze szwajcarskimi cukiernikami stamtąd wygnanymi, inne sugerują Francję... Najistotniejszy jednak jest fakt, że ciasto jest pyszne i długo pozostaje świeże. 

I idealnie nadaje się do podróży palcem po mapie, kubka herbaty i jesieni dookoła.


Engadiner Nusstorte 

Potrzebujemy:

Spód:
2,5 szklanki mąki
1/3 szklanki cukru pudru
1/8 łyżeczki soli
200 g schłodzonego masła
1 jajko
cukier waniliowy

Nadzienie:
1 i 1/4 szklanki cukru pudru
1/4 szklanki wody
2/3 szklanki śmietanki 30%
1 łyżka miodu
2 szklanki orzechów włoskich, posiekanych
2 łyżeczki masła

Do posmarowania wierzchu tarty:
1 żółtko plus łyżka śmietanki

Działamy:

Spód:
Wszystkie składniki zagniatamy na gładkie ciasto. Zawijamy w folię spożywczą i chłodzimy w lodówce przez około 1-2 godziny (conajmniej 30 minut!)

Nadzienie:
Cukier i wodę umieszczamy w rondelku i zagotowujemy na średnim ogniu bez mieszania, przez około 10 minut, aż woda i cukier będą złociste. Śmietankę podgrzewamy w drugim garnuszku, a kiedy zacznie się gotować, powoli przelewamy do wody z cukrem. Mieszamy drewnianą łyżką tak długo, aż nie bedzie grudek (1-2 minuty). Dodajemy miód, orzechy i masło i zostawiamy do przestygnięcia.

Rozwałkowujemy 2/3 schłodzonego ciasta kruchego do grubości 3 mm. Układamy je w tortownicy wyścielonej papierem pergaminowym, podniosimy brzegi i polewamy masą orzechową. Resztę ciasta rozwałkowujemy do takiej samej średnicy, jak tortownica. Przykrywamy masę, sklejamy brzegi spodu i wierzchu torcika. Z resztek ciasta wycięłam gwiazdki i ułożyłam je na torcie. Mieszamy żółtko z pozostałą łyżeczką śmietany i smarujemy wierzch ciasta.

Pieczemy przez 45-50 minut w temp. 170°C. 
Gotowe ciasto wyjmujemy z piekarnika, studzimy i ewentualnie dekorujemy jeszcze połówkami orzechów włoskich.

Smacznego! 


Przepis jest moim połączeniem tych dwóch przepisów - tego i tego. Mimo moich oporów, które czasem przy okazji orzechów i miodu się pojawiają, to tu się po prostu przy pierwszym gryzie rozpłynęłam. Jest to jedno z moich ulubionych ciast, tart można by rzec, to najmniej do niego pasuje mi nazwa tort. Tort to coś bardzo pracochłonnego i skomplikowanego w moim mniemaniu, a to ciasto wcale trudne nie jest.

I dzisiejsza propozycja jest ze specjalną dedykacją dla pewnej Magdy, która mnie ostatnio dopytywała o nowy przepis na jakieś dobre ciasto :) oto i on :)

Udanego weekendu wszystkim życzę!

piątek, 11 grudnia 2009

Na uśmiech. Ciasteczkowo.

Nawet najbardziej pozytywni z pozytywnych.
Nawet najspokojniejsi z najspokojniejszych.
Nawet najbardziej uśmiechnięci z uśmiechniętych.
Nawet.
Każdy. I wszyscy. Mamy mniej kolorowy dzień.
Rano rozsypujemy płatki. Nie trochę. Nie na stół.
Pół dnia spędzamy na przeszukiwaniu kątów szukając.
I nie znajdujemy. Żal tym większy, że to pierścionek.
Nie_byle_jaki.
Potem niespodziewanie obrywa się nam za coś, co winą naszą nie jest. (bardzo czasem żałuję, że tak zwanej "niewyparzonej" nie mam)
I uśmiech już w niczym nie pomaga. Może jednak coś innego pomoże.



Lisiczka robiła je z tęsknoty. Ja zrobiłam je na uśmiech. Na wyciszenie. Stały się moim ciasteczkowym numerem jeden. Uśmiechałam się już w trakcie mieszania, dodawania, kuleczkowania...




PECAN PUFFS

Potrzebujemy:
110 g orzechów pekan
110 g masła miękkiego
2 łyżki cukru
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (użyłam aromatu waniliowego plus odrobinę cukru waniliowego)
150 g mąki

cukier puder (do obtoczenia)

Działamy:

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 150 stopni.

Orzechy rozdrabniamy przy użyciu robota kuchennego - powinny nam ostatecznie bułkę tartą przypominać. Jeśli mamy robot - to miksujemy. Jeśli nie mamy, to używamy miski, drewnianej łyżki i własnych rąk (co też ja uczyniłam). Masło ucieramy z cukrem na gładką i puszystą masę, dodajemy ekstrakt z wanilii i rozdrobnione orzechy. Mieszamy chwilę, następnie dodajemy mąkę i znów jeszcze chwilę mieszamy - do momentu aż wszystko nam się ładnie połączy. (Powstrzymujemy się od podjadania masy!)
Pora na kuleczkowanie :) - łyżeczką małą nabieramy ciasto, formujemy w dłoniach kulki wielkości orzecha włoskiego i lekko spłaszczamy na blaszce (pokrytej papierem do pieczenia). Teoretycznie zachowujemy 3 cm odstępy pomiędzy ciastkami, u mnie były one trochę mniejsze. Pieczemy przez 29 minut (tak podano w przepisie, tak zrobiła Lisiczka_bez_kitki i tak zrobiłam też ja). Ciasteczka powinny być ładnie upieczone i lekko brązowe.
Wyjmujemy nasze ciasteczka z piekarnika, studzimy przez 3 minuty, następnie każde ciasteczko obtaczamy w cukrze pudrze, z powrotem układamy na blaszce, wstawiamy do piekarnika jeszcze na minutę, po czym wyjmujemy i studzimy.

Z przepisu wyszło mi 29 ciasteczek. Można je przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku.
Można je też podobno zrobić z orzechów włoskich.

Smacznego!!



 

czwartek, 3 grudnia 2009

cóż za piękny dzień!

Najpierw się pochwalę :) wygraną w Misiowym Konkursie zorganizowanym przez Bajeczną Fabrykę.
takie moje małe hip hip hurra dnia dzisiejszego!
Zachęcam do zajrzenia do Bajecznej, bo Bajkopisarki stworzyły naprawdę miłe miejsce :)



Oprócz tego listonosz przyniósł nam dziś przesyłkę od znajomych z PL (przesyłka zaadresowana dla A., ale korzyść z zawartości dla mnie również). Prezent taki - Eurobiznes (na pudełku napisane Eurobusiness, choć to przecież polskie dzieło).  Pamiętacie?
[bo oprócz kulinarnego tworzenia i kina, lubimy również gry planszowe, tak, tak, dorośli też lubią się tak bawić]

I jeszcze na dodatek ciasteczkowe przepisy już prawie wszystkie wybrane, więc od jutra zaczynam przedświąteczną próbę generalną.

I dostałam dziś jeszcze całkiem pozytywnego maila z wieściami od pewnej bardzo dobrej osóbki.

I słońce dziś przez chwilę dłuższą świeciło.

Pozytywny dzień dziś mam. Taki rozgrzewający i roz_uśmiech powodujący. Tak jak chociażby udane ciasto marchewkowe. Moja mama jest mistrzynią w ciastach z kremami, galaretkami, owocami - miodowniki, rodzynkowce, serniki z brzoskwiniami, sułtanki... i ja chyba po tych wszystkich kremowych latach trochę tęsknię za innymi ciastami. Marchewkowym na przykład, znanym mi wcześniej z piekarni i wizyt gościnnych.
Podstawowy przepis pochodzi ze strony Liski. Pozwoliłam sobie jedynie na kilka dodatków - bakalie plus polewa kakaowa.




CIASTO MARCHEWKOWE

Potrzebujemy:
4 jajka
250 g cukru pudru
185 ml oleju słonecznikowego
300 g mąki pszennej
3/4 łyżeczki soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
2 łyżeczki cynamonu
400 g marchwi, obranej i startej na drobnej tarce
garść rodzynek i orzechów włoskich

polewa:
czubata łyżka kakao
4 łyżeczki cukru
łyżeczka masła
2 łyżeczki zimnej wody

Działamy: 
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni C. Okrągłą formę (ja korzystałam z okrągłej z kominem) o średnicy 24 cm smarujemy masłem i obsypujemy mąką.
Jajka ucieramy z cukrem, następnie dodajemy olej. Mąkę, sól, proszek, sodę i cynamon przesiewamy przez sitko, a następnie łączymy z jajkami. Jako przedostatnią dodajemy marchewkę, a na koniec dorzucamy garść naszych bakalii.

Ciasto przelewamy do formy i pieczemy przez godzinę.
Można, ale nie trzeba - skorzystać z polewy.  Łączymy ze sobą kakao, cukier, masło i wodę. Gotujemy na bardzo małym ogniu aż do rozpuszczenia cukru. Smarujemy zimne ciasto.
Smacznego!