Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słodko. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 marca 2011

Czwartkowe szaleństwo. I o tym, jak czasem można na łatwiznę pójść.

Po porannym spacerze z Luną zaglądam do osiedlowego sklepiku - i pierwsze co dostrzegam - to wielkie kartony pełne pączków. Z różą, z malinami, z budyniem, z adwokatem, a te z cynamonem jeszcze nie dojechały - będą później. 
Przy kubku porannej kawy zaglądam na facebookową ścianę ogłoszeń, gdzie kolejne kulinarne [i nie tylko] portale prześcigają się w podawaniu kolejnych na pączki przepisów lub wywieszaniu ankiet typu - kto ile i jakie pączki już dziś zjadł.
W radiu Pan Prowadzący zbiera zgłoszenia od chętnych na pączki. Wystarczy wysłać sms i szczęśliwcy otrzymają całe mnóstwo świeżych pachnących pączków.

Pączkowe szaleństwo w Tłusty Czwartek. 

A ja z karnawałowych słodkości najbardziej lubię jednak oponki. Od dawien dawna  smażone w moim rodzinnym domu. Z przepisu ze starego, przez babcię jeszcze prowadzonego, zeszytu. Z kartkami już  trochę  czasem naruszonymi. Kiedyś się tym przepisem z Wami z pewnością podzielę - nie dziś jednak, bo dziś mam dla Was inną propozycję. 

Coś dla tych, którzy czasu ani ochoty na wielkie domowe smażenie nie mają. I dla wielbicieli muffinek.


Muffinki, które podobno są jak pączki. Podobno - bo mi niewiele w smaku pączki przypominały. Nie zmienia to jednak faktu, że są bardzo dobre, zwłaszcza jeszcze ciepłe, otulone cynamonowym aromatem i wypełnione śliwkowymi powidłami. Takie moje małe zastępstwo na wszystkie inne karnawałowe słodkości. Niestety równie kaloryczne zastępstwo... ale kto by dzisiaj kalorie liczył?

Muffiny jak pączki  - doughnut muffins.
[na podstawie przepisu Doroty

Potrzebujemy:

1 i 3/4 szklanki mąki pszennej
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki cynamonu
1/3 szklanki oleju
3/4 szklanki cukru
1 jajko
3/4 szklanki mleka
kilka łyżeczek powideł - śliwkowych, malinowych - każde jakie sobie wymarzycie

około 60 g masła, roztopionego
1/3 - 1/2 szklanki drobnego cukru
1 łyżka cynamonu

Działamy:
W jednej misce mieszamy suche składniki - czyli mąkę, proszek, sól, cukier, gałkę muszkatałową i cynamon. W drugim naczyniu łączymy ze sobą składniki mokre, czyli olej, roztrzepane jajko, mleko. Zawartość obu naczyń mieszamy ze sobą - krótko, tylko do połączenia się składników.
Formę do muffinek napełniamy ciastem najpierw do około połowy, kładziemy na środek łyżeczkę powideł i przykrywamy znowu ciastem - mniej więcej do 3/4 wysokości.
Pieczemy w temperaturze 180ºC przez 25 minut, do suchego patyczka. Jeszcze ciepłe wyjmujemy na kratkę. Krótko obtaczamy w roztopionym maśle albo smarujemy muffinki za pomocą pędzla, a potem dokładnie obtaczamy cukrem wymieszanym z cynamonem. Smacznego!

Podane ilości wystarczają na 12 muffinek.


Nie będę więc pytać, ile pączków już dziś zjedliście. Ja zjadłam dwa i więcej nie planuję :)
ale plany, planami... a jak się dzień potoczy... któż to wie :) może okaże się, że już dowieźli do osiedlowego sklepiku pączki cynamonowe i jeszcze się wszystkie po sąsiadach nie rozeszły...

piątek, 25 lutego 2011

Słonecznie. Wiśniowo. Piankowo. I znowu czekoladowo.

Czy u Was też za oknem takie piękne słońce?
Na bok schodzi mróz, który szczypie w policzki, nieważne stają się palce, które mimo ciepłych rękawiczek marzną, nieważna ilość warstw ubrań na siebie włożona. Ważne, że świeci słońce i zapowiada ocieplenie. Kalendarz natomiast zapowiada marzec, którego końcówka szykuje wyjątkowo ciekawe spotkanie w wyjątkowo przemiłym towarzystwie.


To za oknem i w kalendarzu - w kuchni mojej natomiast powstało ostatnio ciasto, które zawiera w sobie dwie rzeczy, za którymi nie przepadam. 
Pierwsza to wiśnie, które jak już tu kiedyś wspominałam - przejadły mi się w dzieciństwie. Wystarczyło kilka drzewek, by połowa wakacji spędzana była na wiśni drylowaniu. Nad wielkimi miskami zbierały się te młodsze i starsze kobiety z mojej rodziny i pozbywały się ogonków, listków i pestek. A potem zawartość misek przerabiały na soki, część na dżemy i w słoiczkach zamykały. I to dzieciństwo wiśniami wypełnione sprawiło, że teraz już mniej przychylnie na te owoce i wszelkie z nich przetwory spoglądam. Jednak ostatnio do naszej kuchni trafił słoiczek amarena toschi, którego to zawartość mnie oczarowała. Tak... to są wiśnie, które polubić na nowo mogę...

Drugi składnik owego ciasta to pianki marshmallow - które same w sobie mnie po prostu nie zachwycają. Ze wszystkich znanych mi słodyczy - te są zapewne na samym końcu listy i praktycznie nigdy ich nie kupuję. Zrobiłam jednak wyjątek, kiedy w jednym ze sklepów zobaczyłam białe mini marshmallows i skojarzyłam, że w swojej czekoladowej książce przepis na ciasto z ich dodatkiem się znajduje. I jako dodatek do ciasta - sprawdziły się wyśmienicie.


Czekoladowe ciasto pełne marshmallows.
[na podstawie przepisu z książki "Crazy for chocolates"]

Potrzebujemy:
150 g mąki
30 g kakao
1 łyżeczka sody
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
125 g cukru
60 g cukru brązowego
1 jajko
1 łyżka esencji waniliowej
60 g roztopionego masła
125 ml mleka
125 g mini marshmallows (można użyć takich normalnej wielkości - należy je wtedy na mniejsze kawałki pokroić)
[dodałam do ciasta kilka łyżek wiśni w syropie i łyżkę tegoż to syropu zamiast esencji waniliowej]

100 g czekolady
2 łyżki śmietany kremówki
garść mini marshmallows

Działamy:
Rozgrzewamy piekarnik do 180°C.
Okrągłą formę o średnicy 23 smarujemy masłem, a podstawę wykładamy papierem do pieczenia.

Mieszamy ze sobą mąkę, proszek do pieczenia, sodę i kakao. Dodajemy cukier i robimy dołek, do którego wlewamy rozmieszane jajko, esencę waniliową/syrop z wiśni, masło i mleko. Używając drewnianej łyżki mieszamy wszystko ze sobą - aż uzyskamy gładką masę. Na koniec dodajemy pianki marshmallows.

Masę przekładamy do formy, wygładzamy i równomiernie rozkładamy. W tym miejscu rozrzucam równomiernie wiśni garść. Wkładamy do piekarnika na około 40-45 minut - sprawdzamy, czy ciasto jest upieczone za pomocą patyczka. Po upieczeniu zostawiamy ciasto około 30 minut w formie. Książka sugeruje posypanie cukrem pudrem - ja jednak zrobiłam polewę czekoladową

Polewę czekoladową powstała z roztopionej czekolady z dodatkiem śmietany kremówki i marshmallows. Mieszamy wszystko dopóki czekolada i pianki się nie rozpuszczą. Kiedy uzyskamy jednolitą masę - pokrywamy nią ciasto. Smacznego!



Ciasto bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Jest mięciutkie, wilgotne, lekko ciągnące. Ma w sobie coś z brownie, ale też z dobrego biszkoptu - w każdym razie dzięki zawartości pianek - jest inne niż wszystkie, które do tej pory upiekłam. Polewa - sama w sobie jest pyszna - i z pewnością będę częściej taką właśnie robić. Dodatek wiśni sprawia, że od czasu do czasu natykamy się na owocową niespodziankę. A najlepszą rekomendacją powinnien być fakt, że dawno tak szybko żadne ciasto nie zniknęło z mojej kuchni :)

Na koniec polecam Wam obejrzenie tego filmiku* - może już znacie?
a jeśli nie - dajcie mu się ponieść...



* dziękuję Aga!

środa, 16 lutego 2011

Codzienne rytuały. Rogaliki z różą.

Dzwoni budzik. Z małymi oporami wysuwam nogę spod ciepłej kołdry.
Tup, tup, tup do łazienki. Potem kolejne tup do kuchni.
Z zaspanymi jeszcze oczami grzeję wodę na poranną kawę.
Jedna dla mnie, jedna dla Ciebie. 
Wyciągam upieczone wczoraj wieczorem bułki z koszyczka.
Wypełniam je tym, co lubisz.
Pakuję Ci je do pracy i dorzucam jeszcze kilka rogalików.
Na osłodę.

Poranne rytuały. Codziennie takie same, a jednak nazwać rutyną ich nie śmiem.
Bo lubię ten nasz poranny rytm. Miłością wypełniony. Nie tylko od święta.



I dziś właśnie przepis na takie rogaliki. Takie idealne na osłodę dnia. I można też nimi karnawał uczcić - zamiast faworków czy pączków, których smażenie mnie jakoś w tym momencie nie pociąga - mimo że na faworki ochotę od początku stycznia już mam. A rogaliki - robią się wyjątkowo szybko, chwila moment i gotowe są. Dzięki dodatkowy wody z kwiatów pomarańczy niebywale pięknie pachną. I dobrze smakują nawet trzeciego dnia. Jeden tylko się uchował, więc mogę na jego podstawie to potwierdzić.

Nie wiem, jak Wam, ale mi rogaliki domowo i rodzinnie się kojarzą. 
Z babciami, które robią je dla swoich wnuków.
A Wy? jakie macie rogalikowe skojarzenia?


Przepis pochodzi z książki autorstwa Stefana i Konrada Birek - "Birkowie od kuchni". Dopiero nieśmiało zaczęłam książkę przeglądać - ale kiedy zobaczyłam rogaliki Marii Birek - żony Stefana i mamy Konrada - wiedziałam, że będzie to pierwszy przepis, który w swojej kuchni przetestuję. Wprowadziłam kilka minimalnych zmian - dodając na przykład wodę z kwiatów pomarańczy czy jabłka, czasem połowę mąki pszennej zamieniam na mąkę owsianą. W każdej wersji smakują wspaniale.


Chrupiące rogaliki z konfiturą różaną.

Potrzebujemy:
25 g drożdży
0.5 szklanki mleka
125g masła / margaryny
500 g mąki pszennej - którą można częściowo zastąpić na przykład mąką owsianą
1 jajko
2 łyżki cukru
1,5 łyżki oleju
1 łyżeczka cukru z tonką (lub cukru waniliowego)
1 łyżka wody z kwiatów pomarańczy

około 500 g konfitury różanej
1-2 jabłka w plasterki pokrojonego
1 jajko plus łyżka mleka razem wymieszanych
odrobina cukru do posypania rogalików

Działamy:
Drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku - dodając łyżkę mąki i łyżkę cukru. Zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Rozpuszczamy margarynę. Jabłka obieramy i kroimy w plasterki.
Wszystkie składniki mieszamy, a następnie dodajemy do nich wyrośnięte drożdże i rozpuszczoną margarynę. Zagniatamy ciasto i dzielimy je na 4 równe porcje.
Każdą porcję ciasta rozwałkowujemy i dzielimy na około 8 części - dokładnie tak jak pizzę. Na każdym trójkąciku układamy łyżeczkę konfitury i kawałek jabłka. Zawijamy rogaliki i kładziemy na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce. Smarujemy każdy rogalik roztrzepanym jajkiem z mlekiem i posypujemy cukrem. Pieczemy przez około 30 minut w w temperaturze 170 stopni C.
Smacznego!



czwartek, 10 lutego 2011

Bananów rolowanie, czyli co dwie kuchnie to nie jedna.

I znowu musiało trochę wody w rzece upłynąć, chmur nad głową moja przemknąć, kropli deszczu spaść na ziemię, a czasem i kilka płatków śniegu. Świat za oknem kilkoma krokami przybliżył się do wiosny, a ja zdążyłam już prawie zapomnieć o zimie. I złapałam oddechów kilka, świeżym spojrzeniem spojrzałam na swoją kuchnię i nabrałam ochoty na nowe kulinarne wyzwania i podboje smaków jeszcze ciągle zbyt mało znanych.

I w piękny czwartkowy poranek w przemiłym towarzystwie powstała rolada bananowa.


Moją przemiłą towarzyszką była dziś Oliwka, autorka blogu Cynamon i Oliwka.  Pomysł w naszych głowach na wspólne pieczenie pojawił się już kilka miesięcy temu, ale również i w tym przypadku musiało trochę czasu minąć, żeby pomysł się przegryzł i wolne terminy się zgrały. Mniejsze problemy miałyśmy z wyborem przepisu - miało to być coś nowego, czego jeszcze nie robiłyśmy i coś z czekoladą i bananami, które obie, ja i Oliwka, uwielbiamy. Wybór padł więc na roladę bananową z wiórkami czekoladowymi. 

I dziś rano, o godzinie 10:00 rozpoczęłyśmy w naszych kuchniach - ja we Wrocławiu, a Oliwka w okolicach Krakowa - białek ubijanie, kolejnych składników dodawanie, pieczenie, masą przekładanie i rolowanie. Dzięki temu miałyśmy też okazję poznać się trochę bliżej, wymienić nasze spostrzeżenia na różne tematy i naprawdę miło spędzić poranek. Wyjątkowo miło, bo Oliwka jest wyjątkową osobą. 

Dziękuję Ci Oliwko za dzisiejszy poranek - mam nadzieję, że nasze wspólne pieczenie na jednym razie się nie skończy :)


Rolada kojarzy mi się z dzieciństwem - robiona przez moją Mamę, wypełniona truskawkami. Ta zrobiona dzisiaj jest trochę takim słodkim wspomnieniem - wypełnionym bitą śmietaną, bananami i czekoladowymi wiórkami. Jeśli lubicie takie połączenie smaków - to z pewnością jest to propozycja dla Was!
Muszę tylko ostrzec, że jest to wyjątkowo słodki deser!





Rolada bananowa
[przepis znaleźć można TU]

Potrzebujemy:
3 jajka średniej wielkości
100 g + 1 łyżka cukru
75 g mąki pszennej
25 g mąki ziemniaczanej
15 g + 1 łyżka kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
400 g śmietany do ubijania
2 paczki wzmacniacza do bitej śmietany*
50 g wiórków czekoladowych
2-3 banany
trochę cukru do ozdoby
papier do pieczenia

Działamy:

Oddzielamy żółtka od białek. Białka ubijamy na sztywno dodając 100 g cukru. Mieszamy z ubitymi białkami żółtka. Mąki, proszek do pieczenia i kakao ze sobą mieszamy i dodajemy do masy delikatnie mieszając. Blaszkę do pieczenia (32 x 39 cm) wykładamy papierem do pieczenia. Na papier do pieczenia wykładamy masę i wygładzamy. Pieczemy w rozgrzanym do 200 stopni piekarniku przez około 8 minut. Czysty ręcznik kuchenny posypujemy cukrem i kładziemy na nim nasze upieczone ciasto. Zdejmujemy papier do pieczenia. Biszkopt zaczynając od dłuższej strony delikatnie zwijamy. Pozostawiamy do wystygnięcia. 

Ubijamy śmietanę, dodając wzmacniacz i łyżkę cukru. Dodajemy wiórki czekoladowe. Rozwijamy biszkopt, rozkładamy na nim bitą śmietanę. Obranego banana kładziemy wzdłuż dłuższego boku biszkopta. Zwijamy ponownie. Wstawiamy na co najmniej godzinę do lodówki. Przed podaniem posypujemy łyżką kakao i odrobiną cukru.
Smacznego!


 * jeśli jesteśmy pewni, że śmietana której używamy, zachowa swoją formę - sugeruję opuszczenie tzw. wzmacniacza do bitej śmietany.

piątek, 14 stycznia 2011

Zaklinanie zimy. Białe bezy.

Nowy Rok. Po burzliwym początku powoli przestaję z nim drzeć koty*, mogę już nawet napisać, że coraz bardziej się lubimy. Przyniósł mi nową porcję energii i zapału. Dużo nadziei na zmiany. Dostarczył też kilka bardzo przyjemnych spotkań, na wspomnienie jednego z nich aż do tej pory się uśmiecham**. Kulturalne doznania w postaci wizyty w teatrze - w końcu! I kulinarne postępy też poczynione - bo ostatnio upieczony chleb serce me radością przepełnił, ale o tym następnym razem. I chwilowa pizzomania się pojawiła - średnio co dwa dni zagniatałam ciasto na pizzę - na szczęście już minęła.
Były też narty, lekcje dwie już za sobą mam, siniaków parę i kolano lekko przetrącone, ale jest postęp. Oby tak dalej... 
Tylko ta szarość za oknem, listopadowe klimaty bardziej przypominająca, niż środek zimy. Bo zima przecież zimą być powinna? Białą, mroźną, w policzki szczypiącą. 

Czekam więc cierpliwie, aż Nowy znowu sypnie, aż świat pojaśnieje od śnieżnej bieli, aż temperatura tą zimową przypominać zacznie, aż znowu zatęsknię za zgubioną rękawiczką.
I z tej tęsknoty trochę bieli sobie do kuchni sprowadzam...


Bezy. Wspomnienie z dzieciństwa. Z zewnątrz kruche, w środku jeszcze lekko ciągnące. Każda w innym kształcie. Można dodać do nich łyżeczkę soku malinowego, cynamonu bądź kakao. Idealne do małej czarnej kawy o poranku. Słodkie grzeszki, które humor niezwykle mi poprawiają.


Bezy
[na podstawie przepisu M.Roux]

4 białka
110 g drobnego cukru
110 g cukru pudru

Można dodać też esencję kawową, malinową, cytrynową bądź kakao w proszku... wystarczy puścić wodze fantazji. Ja najczęściej zostaję jednak przy dwóch podstawowych składnikach.

Białka ubijamy na sztywną pianę, na najwyższych obrotach. Następnie łyżka po łyżce dodajemy cukier - ciągle miksując. Jeśli chcemy - dodajemy dodatki smakowe. Po kilka kropel esencji bądź pół łyżeczki kakao. 
Gotową masę nakładamy łyżeczką - zachowując odstępy. Bezy pieczemy w temperaturze 110 stopni. około 1,5 do 2 godzin - w zależności od wielkości. Kiedy bezy są gotowe, wyłączamy piekarnik i zostawiamy je w nim na kilka godzin do ostygnięcia. 

Bezy można przechowywać kilka dni w szczelnym pojemniku w suchym miejscu.

Smacznego!



* drzeć koty - czyż to nie dziwne wyrażenie? ma ktoś pojęcie, skąd się wzięło?

** i w tym miejscu pięknie się uśmiecham do pozostałych uczestniczek pewnej czwartkowej wyprawy do Mleczarni :) jesteście the best!

wtorek, 7 grudnia 2010

Pędzący grudzień. Cynamonowe gwiazdki.

Czas w grudniu niebezpiecznie przyspiesza. Budzę się w środku nocy i myślę o wszystkich sprawach, które trzeba w ciągu najbliższych szesnastu krótkich dni ogarnąć. Mimo późniejszego niewyspania - lubię ten przedświąteczny niepokój.

I lubię ten pędzący grudzień za  ciasteczka. Za wybieranie tych najlepszych przepisów, za wycinanie foremką  lub też masy turlanie. I za późniejsze uśmiechy na twarzach obdarowanych.
 
I za swój uśmiech też lubię grudzień. Teraz chyba uśmiech towarzyszy mi każdego dnia. Od rana do wieczora. I nawet w nocy, gdy budzi mnie ten wspomniany przedświąteczny lekki stres, to też się do siebie uśmiecham. Bo to przecież taki wyjątkowy czas...


Dziś zapraszam na pierwsze grudniowe ciasteczka. Prezentowała je rok temu Bea - i ani przez chwilę się nie wahałam, czy powinny się w moim ciasteczkowym repertuarze znaleźć. Zwłaszcza, że rok temu, gdy pierwszy raz je piekłam, mieszkałam jeszcze w Niemczech, a Zimtsterne - bo o nich mowa - są tradycyjnymi niemieckimi ciasteczkami świątecznymi. Warto je zrobić, bo są naprawdę pyszne!


Gwiazdki cynamonowe (Zimtsterne)

[cytuję za Beą]

 

Potrzebujemy:

2 białka (ok. 70 g)
szczypta soli
200 g cukru
350 g drobno zmielonych migdałów
1 i 1/2 lyżki cynamonu
1/2 lyżeczki kirschu (lub soku z cytryny)

lukier
1 białko + ok. 175 g cukru pudru

Działamy:
Ubijamy białka z solą, następnie dodajemy cukier i dobrze wszystko mieszamy; następnie dodajemy migdały, przyprawy i kirsch (lub sok z cytryny) i dobrze mieszamy (jeśli masa jest bardzo klejąca, możemy schłodzić ją w lodówce lub w zamrażalniku). Gotowe ciasto rozwałkowujemy na wysypanym cukrem blacie na grubosc ok. 7 mm (jako że ciasto jest niestety dosyć klejące dobrze jest wałkować je przez folię spożywczą). Wykrawamy gwiazdki, układamy je na blasze wyłożonej papierem, a następnie zostawiamy je do wyschnięcia na minimum 6 godzin lub na całą noc (jeśli chcemy piec gwiazdki wraz z lukrem: bardzo dokładnie mieszamy białko z cukrem pudrem – lukier ma być gęsty – dekorujemy nim gwiazdki i pozostawiamy je do wysuszenia).
Pieczemy ok. 6 min. w 200°C. Studzimy na kratce. 
Uwaga! po wyjęciu z piekarnika ciasteczka muszą być jeszcze lekko miękkie - twardnieją bowiem stygnąc.
Jeśli ciasteczka pieczone były bez lukru - zdobimy je po całkowitym wystygnięciu - w malowaniu końcówek gwiazdek przydaje się wykałaczka!
Smacznego!


Jutro zapraszam na małą niespodziankę :) będą aniołki!

czwartek, 18 listopada 2010

Nocnych wędrówek skutki. I odkrycia.

Ziewam. Takie są niestety efekty nocnych wędrówek po Wrocławiu. Kiedy tramwaje już nie jeżdżą, po ulicach suną głównie taksówki, a Ci nieliczni ludzie, których można jeszcze spotkać, marzą już na pewno o tym, żeby trafić do swoich ciepłych łóżek i przytulić się do poduszki. Tak jak i my marzyliśmy czekając na nasz nocny autobus.

Potem sen, za krótki zdecydowanie. Próbuję przerwać to swoje ziewanie słuchając prawie w kółko ZaZ, mojego nowego muzycznego odkrycia, uroczej kobietki z przerwą między jedynkami, pełnej energii, o głosie, który mnie zauroczył. Jeśli chcecie posłuchać - kliknijcie obok. Polecam!

I sięgam po ostatnią już muffinkę. Z gruszkami i imbirem. To też całkiem niedawne odkrycie, choć przepis pewnie większości czytelników już doskonale znany. Jak dla mnie - muffinkowa czołówka.


Muffinki gruszkowo-imbirowe Nigelli

Potrzebujemy:
250g mąki
150g cukru
75g jasnego brązowego cukru*
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka imbiru
140 ml kwaśnej śmietany
125 ml oleju
1 łyżka miodu
2 jajka
300g obranej i drobno pociętej gruszki

Działąmy:

Nastawiamy piekarnik na 200 C.
W misce mieszamy mąkę, cukier, 50g brązowego cukru*, proszek do pieczenia i imbir. W drugiej misce łączymy ze sobą kwaśną śmietanę, olej, miód, jajka i przelewamy całość do miski z suchymi składnikami. Mieszamy krótko całość, tylko tak by połączyły się wszystkie składniki, następnie dodajemy pokrojoną gruszkę i mieszamy raz jeszcze. Tak przygotowaną masą wypełniamy foremki/papilotki.
Każdą muffinkę posypujemy 1/2 łyżeczki brązowego cukru i wsuwamy do piekarnika na około 20-25 minut - du suchego patyczka :) Upieczone muffinki pozostaw do ostygnięcia - choć ciepłe zdecydowanie smakują najlepiej. Smacznego! 


 * ilość cukru można, a myśle, że nawet należy, ograniczyć - ja już nie dodawałam tych dodatkowych 50g jasnego brązowego cukru, a muffinki były już wystarczająco słodkie za sprawą dojrzałych gruszek.
Ciasta wyszło mi trochę więcej niż na 12 muffinek - to co zostało upiekło się w formie na finansjerki i to też widzicie na zdjęciu. Prawdziwe muffinki zniknęły szybciej i nie załapały się już na sesję fotograficzną.
Przepis pochodzi z książki "Nigella ekspresowo".

niedziela, 14 listopada 2010

Orzechowy zawrót głowy. Na spacer po parku.

Włoskie smakują mi najbardziej świeże, zebrane niedawno spod wielkiego, starego drzewa.
Z czekolady z okienkiem największym przysmakiem była czekolada, laskowe zostawiałam.
Ziemne* kojarzą mi się ze świętami, bo najczęściej w grudniu pojawiały się w naszym domu.
Pistacje - jedyne, o których mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć - uwielbiam.
Migdały - najbardziej smakują mi zmielone na pył - jako dodatek do ciasteczek.
Piniowe - pierwszym skojarzeniem jeszcze długo będzie pesto.
Pieczone kasztany jadłam pierwszy raz nie w Paryżu, a zimą w Lizbonie.
Nerkowca - drugie miejsce po pistacjach w moim rankingu osobistym zajmują.
Brazylijskie, macadamia i ginkgo to dla mnie ciągle tajemnica.
Pekan - idealnie sprawdzają się w pewnych pysznych ciasteczkach.
Kokosowe - jeśli wiórki - to jestem na nie, jeśli chodzi o mleko - to na tak. 

Orzechy.

Multum zastosowań. Multum smaków.


Ciasteczka cytrynowo-migdałowe

Potrzebujemy:
200 g mąki
125 g miękkiego masła
125 g cukru
60 g mielonych migdałów
2 żółtka
skórka starta z cytryny

Działamy:
Ucieramy masło z cukrem na jasną, puszystą masę. Dodajemy skórkę startą z cytryny, a następnie po jednym żółtku, następnie migdały i mąkę. Dokładnie mieszamy.
Ciasto możemy rozwałkować i powycinać różne kształty. Możemy je uturlać szybką w małą kuleczkę. Możemy je nakładać łyżką do lodów na blaszkę wyłożoną papierem w odstępach 2,5 cm.
Pieczamy około 15 minut, aż będą złociste, w temperaturze 180 st. C.


Pomysły na dzisiejsze ciasteczka pochodzą z Wysokich Obcasów - powyższe podaję bez zmian, te poniżej lekko zmieniłam wymieniając część mąki na zmielone orzechy włoskie. Jedna i druga propozycja to ciasteczka proste, takie na zwykły dzień. Jako dodatek do drugiego śniadania. Na spacer po parku.

Ciasteczka owsiano-cynamonowe
Potrzebujemy:
220 g płatków owsianych
150 g mąki
50 g zmielonych orzechów włoskich
100 g cukru brązowego
100 g cukru białego
100 g miękkiego masła
2 białka
1/2 łyżeczki sody
1/4 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki gałki muszkatałowej

Działamy:
Mąkę, orzechy, płatki, sodę, cynamon i gałkę mieszamy w jednej misce. W drugiej ubijamy masło, cukier i białka. Powoli dodajemy suche składniki i dokładnie mieszamy. Na blaszkę wyłożoną papierem nakładamy łyżeczką porcje ciasta i pieczemy w 180 stopniach C przez 10 minut. Studzimy. Smacznego!


Moje orzechowe ciasteczka są propozycją w kończącym się już Orzechowym Tygodniu, organizowanym przez Elę z My best food. O Eli mogę napisać właściwie tyle - polecam! polecam! polecam! miejsce pełne smaku i klimatu.
A ja żałuję, że orzechowy tydzień dobiega już końca, bo chciałam Wam jeszcze zaproponować pewną czekoladową tartę ze skarbami ukrytymi w środku, ale to już innym razem...


* orzechy ziemne nie są tak naprawdę orzechami - pochodzą z grupy roślin strączkowych - podobnie jak fasola i groch. Więcej informacji na temat fistaszków znaleźć można TU.

piątek, 5 listopada 2010

Zakochałam się :) WP#91

Tak mi wstyd, strasznie wstyd
Lecz zakochałem się
Który raz? setny raz
Lecz zakochałem się


Nie chciałem, mała, szczupła, blond
Myślałem przejdzie - ale skąd
Męczę się, dręczę się
Sam nie wiem, czego chcę*

W mojej wersji - wcale, ale to wcale nie jest mi wstyd. Zakochałam się i owszem. Setny raz? a może i dwusetny? kto by liczył? Od pierwszego wejrzenia. Jeden rzut oka i trafiło mnie. Strzał w dziesiątkę. I wcale nie chciałam, żeby przechodziło. Niech trwa. Bo stan zakochania - uwielbiam. Te motyle w żołądku, to oczekiwanie, ten smak nieznanego, o którym marzy się z utęsknieniem. I wcale się nie męczę, ani nie dręczę, doskonale wiem, czego chcę. Dobrze mi z tym zakochaniem, bo przedmiot mojego uwielbienia leży już tuż obok mnie. Nacieszam się każdą chwilą, bo długo pewnie już obok nie poleży...


Tak, oto on. Czy raczej one. Przedmiot mojego pożądania. Rogaliki i ślimaczki z przepisu wyszukanego przez Kornika w ramach najnowszej Weekendowej Piekarni. Nie czekałam na weekend, bo jak już wiecie - zakochałam się od pierwszego wejrzenia - i musiałam je mieć szybko, jak najszybciej.


Przepis cytuję za Kornikiem. Oryginalny przepis razem z obrazkową instrukcją składania, zwijania  i wałkowania znaleźć można TU. Polecam też ze względu na piękne zdjęcia autorki bloga.

 
Kakaowo zakręcone ślimaki i rogale

Składniki na ciasto:
250 g mąki pszennej
250 g mąki pszennej chlebowej (mantioba)
1/2 łyżeczki soli
125 g cukru + 1 łyżeczka
1 jajko
180 ml ciepłego mleka
75 g miękkiego masła
15 g świeżych drożdży

Składniki na warstwę kakaową:
45 g białka (to białko z dużego jajka)
30 g mąki pszennej
60 g cukru
120 ml mleka
30 g kakao
15 g masła

Drożdże z łyżeczką cukru rozpuszczamy w odrobinie ciepłego mleka, odstawiamy, by zaczyn zaczął pracować. Do miski przesiewamy mąki, dodajemy jajko, cukier, masło, sól oraz gotowy zaczyn. Wlewamy stopniowo resztę mleka i zagniatamy przez około 15minut, by powstało elastyczne ciasto. Przekładamy je do miski lekko wysmarowanej olejem, przykrywamy folią i odstawiamy do wyrośnięcia.

W międzyczasie przygotowujemy warstwę kakaową. W miseczce mieszamy białko, cukier i mąkę, by składniki połączyły się i powstała gładka, kremowa masa.
Mleko gotujemy w garnku, dodajemy kakao i mieszamy, by pozbyć się grudek. Dodajemy masę białkową i mieszamy całość, masa powinna zgęstnieć. Zdejmujemy z ognia, dodajemy masło i mieszamy do jego rozpuszczenia. Odstawiamy do wystygnięcia. Ostudzoną masę układamy na dużym kawałku folii spożywczej, przykrywamy drugim kawałkiem i wałkujemy okrągły placek o średnicy około 20 cm. Wkładamy do lodówki.

Wyrośnięte ciasto wałkujemy na omączonym blacie na prostokąt (na jego środku ułożymy kakaowy krążek dlatego krótszy bok prostokąta powinien być 2-3 cm dłuższy niż średnica placka a dłuższy bok około 3 razy dłuższy nić średnica kakaowego placka). Układamy kakaowy placek na środku drożdżowego prostokąta, składamy luźne boki jeden na drugi,by przykrywały warstwę kakaową. Przekręcamy placek o 90 stopni, wałkujemy na długi prostokąt. Składamy dłuższe boki tak,by "spotkały" się na środku placka. Następnie składamy na pół, jak książkę. Obracamy o 90 stopni i wałkujemy prostokąt - od grubości placka zależeć będzie wielkość i ilość naszych bułeczek - mój miał około 1cm grubości. Tniemy placek na paski grubości 1.2 cm (ślimaki) lub w trójkąty równoramienne (rogale). Paski zwijamy, by powstały ślimaczki, trójkąty zaś w rogaliki. Układamy na blasze i odstawiamy w ciepłe miejsce na 40-60 minut.
Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez 20 minut lub do chwili aż nabiorą złotobrązowego koloru.


Rogaliki nie sprawiły mi większych problemów poza masą kakaową - na zdjęciu u Tanii masa wyglądała na twardszą, u mnie była rzadsza i trochę się rozpływała podczas wałkowania. Poza tym wszystko poszło zgodnie z planem i rogaliki/ślimaczki smakują wyśmienicie. Najlepsze są oczywiście jeszcze ciepłe :) polecam, zwłaszcza, że weekend dopiero przed nami!



* Słowa piosenki Mieczysława Fogga, a piosenka w lekko przerobionej wersji do posłuchania tuż obok :)

środa, 3 listopada 2010

Smak dzieciństwa w lekko odmienionej wersji.

Życie na chwilę zawirowało, zadziało się, pojawiły się nowe spotkania, z nowo poznanymi i z dawno niewidzianymi. Wszystko w pięknych okolicznościach przyrody, choć czasem z lekkim przymrozkiem. I tym samym na chwilę zniknęłam. Nie było mnie tutaj, nie było mnie u Was, ale... czasem każdy potrzebuje krótkiej przerwy i małej odmiany, prawda?
Dziś chciałabym się podzielić z Wami jednym ze smaków mojego dzieciństwa. W lekko odmienionej wersji.
Gdyby mnie ktoś zapytał, które ciasto najbardziej kojarzy mi się z moją mamą, z pewnością odpowiedziałabym, że to miodownik. Kiedy byłam mała, pojawiał się przy okazji rodzinnych spotkań, świątecznych deserów, pamiętam, że zdarzało się, że i szkolne imprezy też bywały w smaku maminowego miodownika. Teraz w kuchni mojej mamy królują już inne ciasta, ale to właśnie miodownik jest smakiem mojego dzieciństwa. Miodowe ciasto przeplatane warstwami kremu z kaszy manny. Sentyment we mnie pozostał. I smak w pamięci.


Odświeżając smaki dzieciństwa, ale jednocześnie mając ochotę na wypróbowanie czegoś nowego, skorzystałam z przepisu znalezionego w jednym z kulinarnych dodatków do GW. Zamiast masy z kaszy manny mamy wersję z budyniem, ale na pewno przy najbliższej możliwej okazji zaprezentuję tu również miodownik mojej mamy. Niezmienny pozostaje też fakt, że ciasto to najlepsze jest drugiego, a nawet trzeciego dnia po upieczeniu. Warto w tym przypadku poćwiczyć cierpliwość :)


Miodownik.

Potrzebujemy:
Ciasto
500 g mąki
1 kostka masła
200 g cukru pudru
2 jajka
2 łyżki miodu
1 łyżka sody

Masa orzechowa
około 300 g orzechów włoskich posiekanych
100 g cukru
100 g masła
2 łyżki miodu

Masa budyniowa
budyń śmietankowy ugotowany zgodnie z przepisem na opakowaniu, ale z dodatkiem 150 g cukru
300 g masła

powidła śliwkowe

Działamy:
Zaczynamy od ugotowania budyniu - z dodatkiem cukru pudru i odstawiamy go w chłodne miejsce, żeby wystygł.
Na stolnicy (bądź w odpowiednim mikserze) siekamy składniki ciasta. Zagniatamy i dzielimy na trzy równe części. Wkładamy na conajmniej 30 minut do lodówki. Po tym czasie jedną część rozwałkowujemy na blaszce i pieczemy przez około 10-15 minut - do uzyskania złocistego koloru - uważając, żeby nie przypiec za bardzo! Następnie pieczemy drugi placek. W między czasie w rondelku smażymy składniki masy orzechowej i rozsmarowujemy na trzecim - jeszcze surowym - placku, który potem pieczemy.
Już chłodny budyń ucieramy z masłem.
Bierzemy pierwszy placek (ten bez orzechów) - smarujemy powidłami, potem masą budyniową, przykrywamy plackiem numer dwa, smarujemy znowu powidłami, masą budyniową i przykrywamy plackiem numer trzy - tym z orzechami. Przykrywamy ciasto folią i wstawiamy na 24h do lodówki. Smacznego!


piątek, 22 października 2010

kra kra kra. O gawronach i cieście czekoladowo-wiśniowym.

Choć widok za moim oknem kilkakrotnie zmienił się w ciągu ostatnich lat, jeden element pozostaje stały.

Gdy byłam mała opierałam się łokciami o parapet i patrzyłam. Na Odrę przepływającą nieopodal. Na dom dziadków otoczony wiśniowymi drzewkami. Na stajnię, w której do czasu pewnego mieszkały krowy. Na kawałek sadu ze śliwami i gruszami. I dwoma paskami ziemi, może już o tej porze przeoranej, a nad nimi latające gawrony. Czarne jak noc, całymi stadami, z tym swoim głośnym kra kra kra.

Potem zamiast domu dziadków - pojawił się widok nowych domów i nieznanych mi ludzi. Stawałam czasem w oknie i obserwowałam dym z komina sąsiadów, przejeżdżające auta, spacerujące psy i zastanawiałam się nad historiami, jakie kryły w sobie te nowe dla mnie domy. I o tej porze też latały tam gawrony. Tak samo czarne, z takim samym, trochę złowieszczym, kra kra kra.

I teraz, wychodząc na swój balkon, widzę kolejny nowy dom, na podwórku którego biega rozkosznie radosny wyżeł. Po prawej widać kilka drzew, już z resztkami żółtobrązowych liści, a za nimi przebija się błękit stawu. Po lewej mam widok na balkony sąsiadów, na jednym czasem suszy się strój sąsiada motocyklisty. Z balkonu wyżej dobiega dźwięk dzwonków wietrznych, dziś szczególnie głośnych, tkających swoje dźwięczne historie...

I też latają gawrony. Siadają na pustych gałęziach i obserwujemy się nawzajem. One zerkają na mnie swoim czarnym okiem i machają połyskującym skrzydłem. A ja zastanawiam się, dlaczego ich nie lubię? Mam wrażenie, że noszą w sobie jakąś mroczną tajemnicę... ślad nocy w środku dnia... a Wy? lubicie gawrony? 



Moja kulinarna propozycja nie zawiera w sobie żadnej mrocznej tajemnicy, raczej słodką, wiśniową. Ze słoika pełnego ciemnoczerwonych kulek, przygotowanego rękami babci. Czerń gawrona zamieniłam na kolor czekolady. A złowieszcze kra kra kra zastąpiło przyjemne stukanie widelczyka o deserowy talerzyk.


Chocolate cherry cake czyli czekoladowo-wiśniowe ciasto
[Crazy for chocolate]

Potrzebujemy:

3 jajka
250 g cukru
2 łyżeczki startej skórki cytrynowej
125 g miękkiego masła
60 ml oleju
125 g ciemnej czekolady, rozpuszczonej
335 g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
200 g jogurtu
175 g czekoladowych groszków (najlepiej z gorzkiej czekolady)
słoik z wiśniami o wadze 670 g [bottled pitted morello cherries w oryginale]

cukier puder i kakao do posypania

Działamy:

Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 180 stopni.
Okrągłą formę smarujemy masłem. Wykładamy papierem do pieczenia - albo posypujemy bułką tartą.
Odsączamy wiśnie zostawiając 2 łyżki soku.
Ubijamy jajka i cukier. Dodajemy skórkę cytrynową, olej i masło. Ubijamy aż do uzyskania gładkiej masy. Dodajemy rozpuszczoną czekoladę i znowu mieszamy. Kolejnym krokiem jest dodanie mąki, jogurtu i soku wiśniowego. Mieszamy, a na końcu dodajemy wiśnie i czekoladowe groszki łącząc je delikatnie za pomocą łyżki z masą. Masę przelewamy do formy i wkładamy na godzinę do rozgrzanego piekarnika. Pieczemy do tzw. suchego patyczka - bo może się okazać, że godzina to trochę za mało dla naszego ciasta. Po upieczeniu przez 5 minut zostawiamy w formie, potem wyjmujemy. Po ostygnięciu ozdabiamy ciasto cukrem pudrem i kakaem. Smacznego!

A gdy pisałam o gawronach, przez okno zazdrośnie zajrzała sroka i postukała dziobem w ścianę...

Przypominam też o konkursie i klikaniu i głosowaniu - można na moje ciasteczka jabłkowe albo na falafela, albo na któryś z pozostałych 18 przepisów. Będzie mi oczywiście miło, jeśli wybierzecie właśnie moje przepisy i na nie oddacie swoje głosy :) Głosowanie odbywa się u Asiejki - TU i u Dorotki z Pozytywnej Kuchni, czyli TUTAJ

Miłego weekendu!

poniedziałek, 4 października 2010

Sernikowo. Pekanowo. Obserwując.

Lubię obserwować ludzi. Usiąść w księgarni, z wcześniej wybranymi książkami do przejrzenia, nad kubkiem aromatycznej kawy, którą zimową wieczorną porą zamieniam na gorącą czekoladę. I zamiast w książki - zapatrzeć się za szybę, za którą każdy gdzieś w swoją stronę podąża. I po prostu patrzeć. Bez zastanawiania się kto, gdzie, dokąd, z kim. Tak po prostu chłonąć naszą różnorodność. Myśląc tylko o tym - jak bardzo różni jesteśmy i jak wiele ten świat w sobie mieści - różnych charakterów i różnych poglądów. Lubię patrzeć, jak na głównej scenie miasta pokazuje się najpierw kolorowy tłum, walczący o wolność - dostępem do pewnego zioła zwaną, potem pojawiają się chłopcy w czarnych strojach, głośno skandujący wierszyk znany nam z przedszkola - kto Ty jesteś? polak mały, jaki znak Twój? orzeł biały, a ostatecznie, niczym gumka do mazania, pojawia się grupa teatralna, która wciąga nas w swój radosny, tak po prostu radosny, świat. Bez walki o idee.

Lubię ludzi dziwnych, dziwnych pozytywnie, którzy nie zwracają uwagi na konwenanse. Pana, który swoje słuchawki wypełnia nieznaną mi muzyką i tańczy wśród sztwnego tłumu, całym sobą tańczy. I widać w nim po prostu szczęście. I Pana, który znalazł się w moim mieście z daleka zapewne, a śpiewa na  rynku, fałszując trochę, od lat wielu. Niezależnie od pogody. Najczęściej w swoim meloniku.* Lubię zatrzymać wzrok na ludziach kolorowych, którzy swoim strojem przełamują schematy. Lubię w tramwaju zaglądać innym pasażerom przez ramię i podglądać, co akurat czytają.

I robię przy tych swoich obserwacjach różne miny podobno, z których, też podobno, da się odczytać, co akurat myślę. Mam nadzieję, że jednak to tylko On tak bezbłędnie potrafi w moim umyśle czytać.. bo jeszcze kiedyś to obserwowanie się źle dla mnie skończy. Nie zawsze przecież wszystko musi mi się podobać, prawda?

I tak na przykład ostatnio nie spodobał mi się sernik, który upiekłam - w każdym razie - nie wyglądał  takjak na zdjęciu w książce. Na szczęście sytuację jakoś udało mi się uratować - za pomocą czekoladowej polewy - i sernikiem gości będę mogła poczęstować... bo poza idealnym wyglądem niczego mu nie brakuje. Może nie będą takimi wnikliwymi obserwatorami jak ja i nie dostrzegą tej nierównej powierzchni :)



Sernik z pekanami, bo to o nim mowa, jest moją propozycją w akcji SERNIKOWO organizowanej przez Oliwkę. Oliwko, cieszę się, że zdążyłam. Żałuję jednak, że tylko jedną propozycję do Twojej akcji dołączę... przy okazji następnej edycji się poprawię :)
 


Sernik z orzechami pekan
(na podstawie przepisu z książki "Najlepsze serniki świata"**)

Potrzebujemy:

180 g herbatników
3 łyżki cukru (można pominąć)
50 g masła roztopionego

1 i 1/4 twarogu (użyłam twarogu z tzw. wiaderka)
1 i 2/3 szklanki cukru
40 g masła roztopionego
5 jaj
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (użyłam cukru z wanilią)
1 szklanka posiekanych orzechów pekan plus kilka całych do dekoracji

100 g czekolady gorzkiej
pół szklanki śmietany kremówki

Działamy
Przygotowujemy formę do pieczenia - okrągłą, o średnicy około 25 cm - spód wykładamy papierem do pieczenia bądź folią aluminiową. Boki smarujemy masłem.

Ciastka mielimy na okruchy - za pomocą miksera bądź wałka. Dodajemy masło i cukier i dokładnie mieszamy. Spód formy wykładamy przygotowaną w ten sposób masą herbatnikową i schładzamy w lodówce.

Twaróg ubijamy - do momentu uzyskania gładkiej masy. Dodajemy cukier i masło, mieszamy. Ubijając na małych obrotach dodajemy po jednym jajku, a potem ekstrakt z wanilii. (i to jest ten moment, kiedy sernik smakuje mi najbardziej) Na końcu dosypujemy orzechy pekan drobno pokrojone.

Wyciągamy formę z lodówki, wylewamy masę serową i pieczemy w temperaturze 165 stopni przez godzinę. (Piekłam w kąpieli wodnej - na półce niżej stało naczynie żaroodporne z wodą). Po godzinie pieczenia (u mnie trochę dłużej) zostawiamy sernik w piekarniku na 30 minut i dopiero wtedy wyciągamy. Studzimy i umieszczamy na noc w lodówce.

Następnego dnia topimy w kąpieli wodnej czekoladę, mieszamy ze śmietaną i pokrywamy naszą czekoladową polewą sernik. Ozdabiamy pozostałymi orzechami. Smacznego!



Ja wielbicielką serników nie jestem - u mnie jeden kawałek sernika na dzień to ilość maksymalna - ale  zjadłam tą moją dzienną porcję z olbrzymią przyjemnością, a mój domowy pochłaniacz ciast wilgotnych od razu poprosił o dokładkę - czyli możemy razem potwierdzić, że sernik jest dobry :) 

* Pana Anglika od Melonika już dawno nie widziałam, bywa jeszcze na rynku?
** w oryginalnym przepisie nie było polewy czekoladowej, to mój dodatek - żeby ukryć niedoskonałości sernika, ale dzięki temu przyjemnie wzbogacił się jego smak...

piątek, 24 września 2010

Abstrakcyjny liść na dywanie. Weekendowa Cukiernia.

 * * *

a ja siedzę pod piecem
i staram się przychwycić
na gorącym uczynku - czas
delikatne falowanie firanek
fosforyzowanie ścian
taniec książek
na drewnianej półce
abstrakcyjny liść na dywanie
meksykański kwiat
w jednym oddechu
zamykam*

Taką jesień lubię. Pełną słońca. Gdy długi rękaw jest za długi.
Gdy liście na drzewach w swoim tempie nabierają szlachetnego koloru.
Kiedy wieczór nadchodzi powoli. Z gorącym kubkiem herbaty.
I z ulubionym tomikiem wierszy. Wszelakich.
O szczęściu. O tym, że z tęsknoty pisze się wiersze.
I o spojrzeniu starej kobiety. I o siódmej jesieni.*




Dziś znowu propozycja śliwkowa. Tym razem pieczona wspólnie z gronem wielbicieli Weekendowej Cukierni. Z zaskoczeniem przeczytałam o tym, że Pola myśli o zamknięciu WC... Polu! mam nadzieję, że i tym razem udowodnimy Ci, że WC bardzo lubimy! 


Pieczenia bawarskiego placka z węgierkami nie mogłam sobie odmówić, bo przecież tuż obok Bawarii mieszkałam prawie dwa lata. No i skoro śliwki... ale to już wiecie :) 
Doszło nawet do tego, że upiekłam go już we wrześniu dwa razy. Za pierwszym razem upchałam całą drożdżową masę do mojej foremki, o wymiarach 32x22 cm -  i tym sposobem wyrosło mi grube i puszyste ciasto. Smakowało nieziemsko, rewelacyjnie po prostu, ale doczytałam później, że standardowa forma ma jednak trochę większe wymiary. I postanowiłam pieczenie powtórzyć, tym razem dzieląc ciasto. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Z podanych ilości w przepisie wyszła wspomniana wcześniej forma plus dwie tartaletki. Smakuje również dobrze, ale chyba wolę jednak wersję pierwszą, czyli upychanie całego ciasta do tej mojej za małej formy... 




Bawarski placek z węgierkami**

Potrzebujemy:

20 g świeżych drożdży
200 ml letniego mleka
400 g mąki
szczypta soli
1 jajko
100 g cukru + 1 łyżka
75 g roztopionego masła
1,25 kg węgierek
50 g posiekanych migdałów
1/2 łyżeczki cynamonu

Działamy:

Drożdże rozrabiamy z mlekiem i 1 łyżką cukru - odstawiamy na 15 minut, by zaczyn zaczął pracować.
Połowę mąki, sól, jajo i 75 g cukru mieszamy z rozczynem drożdżowym i roztopionym masłem. Wyrabiamy ciasto, dodając stopniowo pozostałą mąkę. Ciasto powinno odchodzić od brzegów miski - jeżeli się klei, należy dosypać trochę więcej mąki - co też uczynić musiałam. Pozostawiamy ciasto pod przykryciem na 30 minut do wyrośnięcia.
Węgierki myjemy, osuszamy, wypestkowujemy i kroimy na ćwiartki.
Po 30 minutach ciasto energicznie zagniatamy, by je odpowietrzyć, a następnie rozwałkowujemy. Blachę smarujemy masłem i rozkładamy na niej równomiernie rozwałkowane ciasto.Na cieście układamy śliwki i posypujemy migdałami.
Pierkarnik nagrzewamy do temperatury 220 st. C. Pieczemy ciasto na dolnym poziomie piekarnika przez 30 minut (przy wspomnianej wcześniej mojej wersji pierwszej ciasto piekło się trochę dłużej).
Pozostały cukier mieszamy z cynamonem i posypujemy nim jeszcze ciepłe, upieczone ciasto - ja jednak część cukru użyłam do posypania jeszcze przed pieczeniem. Smacznego!
* Jak pewnie część czytelniczek rozpoznałam - wiersz jest autorstwa Haliny Poświatowskiej. A mój ulubiony tomik wierszy to zbiór poezji różnych autorów pt. "Po schodach wierszy". Jest ze mną od lat wielu, w różnych momentach życia mi towarzyszył. Nawet znaleźć w nim można moje własne słów łączenie...

** Bawarski placek z węgierkami jest propozycją Carmelliny, i jest to bardzo, bardzo udana propozycja! Jak dla mnie - strzał w wrześniową dziesiątkę. Dziękuję!

wtorek, 21 września 2010

Jak zwykle. Ze śliwkami.

Jak zwykle - weekend minął za szybko. Jak zwykle - okazało się, że zabrakło kilku godzin na taki odpoczynek po prostu, na sen, na zakopanie się pod kocem z książką, z kubkiem herbaty, na słodkie  wspólne nic_nie_robienie. Jak zwykle - jednak z uśmiechem go wspominam. Bo było nasze babskie spotkanie, które zdecydowanie za rzadko się odbywa, ale niestety Warszawę i Wrocław dzieli kilkaset kilometrów, a nie kilkanaście. Była wycieczka niedzielna po okolicy, tym razem Jezioro Turawskie i relikty przeszłości w postaci ośrodka wypoczynkowego z uroczymi firankami rodem z PRL-u. I las i wielkie niebo. Otwarta przestrzeń, która pozwala odetchnąć pełną piersią. Była też wieczorna wspinaczka i pokonywanie własnych słabości,  po których pozostała pamiątka w postaci okrągłego śladu w kolorze śliwki węgierki. 
I jak zwykle - z niecierpliwością czekam na kolejny weekend. 
Zwłaszcza, że niebawem szykuje się wycieczka do Warszawy.

I gdzieś w międzyczasie powstało ciasto. Jak zwykle ostatnio - ze śliwkami.


Ciasto śliwkowe z cynamonem*

Potrzebujemy:
pół szklanki miękkiego masła
1 szklanka cukru
2 jajka
1 i 1/2 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
1 łyżeczka startej skórki z cytryny
1 łyżka soku z cytryny
3 łyżki mleka
6 śliwek, przekrojonych na pół
2 łyżeczki cynamonu

Działamy:

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.
Formę natłuszczamy i obsypujemy bułką tartą, albo wykładamy papierem do pieczenia.
Masło z cukrem (bez dwóch łyżek) miksujemy do uzyskania jasnej i puszystej masy. Lekko ubijamy jajka i dodajemy je do naszej masy. Po wymieszaniu dodajemy powoli przesianą mąkę, proszek do pieczenia i sól razem ze skórką cytrynową, sokiem i mlekiem. Miksujemy i gotową masę przekładamy do formy.
Cynamon mieszamy z dwiema pozostałymi łyżkami cukru i obtaczamy w nim śliwki. Śliwki układamy na cieście, skórką do góry. Ciasto również posypujemy cynamonem i wkładamy do piekarnka na około 50 minut. [Przed wyjęciem z piekarnika sprawdzamy patyczkiem.] Chwilę studzimy w formie przed pokrojeniem i podajemy najlepiej jeszcze ciepłe.** Smacznego!


* Przepis pochodzi z książki "The Modern Vegetarian" autorstwa Marii Elia. Książkę dostałam w prezencie od mojego Kochanego - i to jest jedyny pozytywny aspekt jego podróży służbowych i naszej rozłąki. Potem dostaję takie wspaniałe książki z ciekawymi przepisami i cudownymi zdjęciami.

** Ciasto faktycznie smakuje najlepiej jeszcze ciepłe, bałam się, czy następnego dnia będzie jeszcze zjadliwe. Poczułam się jednak mile zaskoczona, bo niewiele ze swojego smaku straciło. Tak więc polecam, nawet jeśli nie będzie możliwości zjedzenia całego od razu :)


piątek, 17 września 2010

Palcem po mapie.

Potrzebuję zmian.
Kiedyś, jak pory roku - z regularną częstotliwością - zmieniałam kolor włosów, odcienie swojej garderoby, przesuwałam meble, na miejsce biurka stawiałam łóżko, a w oknie wieszałam nowe gliniane dzwonki pomalowane w kolorowe kwiaty. Teraz też powoli wprowadzam małe zmiany. Tu i tam.

Potrzebuję wyjazdu.
Gdziekolwiek. Na chwilę choćby. Spakować plecak, wrzucić to co najpotrzebniejsze, jakąś książkę na drogę. Zmienić widok za oknem. Zmienić powietrze. Na morskie. Na górskie. Na inne niż wrocławskie. Wędrować nowymi ścieżkami.

Pora na zmiany jest. Na podróż jeszcze nie teraz, ale tą zawsze można sobie kulinarną urządzić. I palcem po mapie powędrować i pomarzyć i zaplanować. Wszystko jeszcze przed nami, prawda?


Zapraszam Was dziś na kulinarną podróż do Szwajcarii, dokładnie do kantonu Graubünden, czyli do kantonu Gryzonia (cudna polska nazwa!), graniczącego z Włochami, Austrią i Liechtensteinem. Tort Engadiner wypełniony orzechami, co zresztą stanowi ciekawostkę, ponieważ klimat tego kantonu nie sprzyja orzechom włoskim, więc w jakiś sposób dotrzeć musiały one do Gryzonii. Teorii jest kilka, jedne mówią, że orzechy dotarły z Wenecji, ze szwajcarskimi cukiernikami stamtąd wygnanymi, inne sugerują Francję... Najistotniejszy jednak jest fakt, że ciasto jest pyszne i długo pozostaje świeże. 

I idealnie nadaje się do podróży palcem po mapie, kubka herbaty i jesieni dookoła.


Engadiner Nusstorte 

Potrzebujemy:

Spód:
2,5 szklanki mąki
1/3 szklanki cukru pudru
1/8 łyżeczki soli
200 g schłodzonego masła
1 jajko
cukier waniliowy

Nadzienie:
1 i 1/4 szklanki cukru pudru
1/4 szklanki wody
2/3 szklanki śmietanki 30%
1 łyżka miodu
2 szklanki orzechów włoskich, posiekanych
2 łyżeczki masła

Do posmarowania wierzchu tarty:
1 żółtko plus łyżka śmietanki

Działamy:

Spód:
Wszystkie składniki zagniatamy na gładkie ciasto. Zawijamy w folię spożywczą i chłodzimy w lodówce przez około 1-2 godziny (conajmniej 30 minut!)

Nadzienie:
Cukier i wodę umieszczamy w rondelku i zagotowujemy na średnim ogniu bez mieszania, przez około 10 minut, aż woda i cukier będą złociste. Śmietankę podgrzewamy w drugim garnuszku, a kiedy zacznie się gotować, powoli przelewamy do wody z cukrem. Mieszamy drewnianą łyżką tak długo, aż nie bedzie grudek (1-2 minuty). Dodajemy miód, orzechy i masło i zostawiamy do przestygnięcia.

Rozwałkowujemy 2/3 schłodzonego ciasta kruchego do grubości 3 mm. Układamy je w tortownicy wyścielonej papierem pergaminowym, podniosimy brzegi i polewamy masą orzechową. Resztę ciasta rozwałkowujemy do takiej samej średnicy, jak tortownica. Przykrywamy masę, sklejamy brzegi spodu i wierzchu torcika. Z resztek ciasta wycięłam gwiazdki i ułożyłam je na torcie. Mieszamy żółtko z pozostałą łyżeczką śmietany i smarujemy wierzch ciasta.

Pieczemy przez 45-50 minut w temp. 170°C. 
Gotowe ciasto wyjmujemy z piekarnika, studzimy i ewentualnie dekorujemy jeszcze połówkami orzechów włoskich.

Smacznego! 


Przepis jest moim połączeniem tych dwóch przepisów - tego i tego. Mimo moich oporów, które czasem przy okazji orzechów i miodu się pojawiają, to tu się po prostu przy pierwszym gryzie rozpłynęłam. Jest to jedno z moich ulubionych ciast, tart można by rzec, to najmniej do niego pasuje mi nazwa tort. Tort to coś bardzo pracochłonnego i skomplikowanego w moim mniemaniu, a to ciasto wcale trudne nie jest.

I dzisiejsza propozycja jest ze specjalną dedykacją dla pewnej Magdy, która mnie ostatnio dopytywała o nowy przepis na jakieś dobre ciasto :) oto i on :)

Udanego weekendu wszystkim życzę!